Minęła doba od zakończenia zmagań w 46 ErNO Harpagan, który
tym razem odbył się w Kwidzyniu. Wszyscy znajomi, nie wyłączając mnie (bo też
jestem dla siebie osobą znajomą) byli ciekawi jak to będzie na nowej ziemi. A
piszę dlatego nowej, że my, ludzie wywodzący się ze środowiska PBT, rzadko mamy
okazję w tych okolicach startować. Harpagan dawno tam nie zaglądał, a inne
popularne zawody regionalne, tj. Darżlub i Manewry też omijają te tereny.
Dla mnie jako zapalonego piechura, który postawił sobie za
ambitny cel zaliczyć wszystkie szlaki turystyczne Pomorza, była to tym bardziej
terra incognita, że nawet w celach turystycznych tam się jak dotąd nie
zapuszczałem... Jedyne skojarzenia jakie mi się nasuwały z wyjazdem „tak
daleko” (właśnie, dziwne to „daleko” nawet dla mnie, przecież podróż z Gdańska
do np. takiego Rytla czy Czerska, gdzie jeździłem często na zawody wcale nie
jest krótsza, jednak w żadnym wypadku nie nazwałbym tamtych terenów „terra incognita”,
chyba po prostu „daleko” ma tu znaczenie bardziej metaforyczne, czyli „daleko”
w ujęciu transcendentnym) to... Elbląg i ErNO Harpagan 42. Kto tam był ten wie,
a kto nie był zapewne słyszał o owym legendarnym harpie, a kto nie słyszał, to
może i lepiej, że nie słyszał – po co się mają człowiekowi po nocach koszmary
śnić...
Tak więc ten jakiś taki zabobonny strach przed tym
harpaganem był w związku z tymi wszystkimi niewesołymi skojarzeniami i wyjazdem
w nieznane.








