Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą koncert. Pokaż wszystkie posty
poniedziałek, 7 lipca 2014

Koncert życia na życzenie

Uwaga uwaga! Relacja Kosy z koncertu Gojiry!

Tekst pierwotnie wylądował na jego blogu ale tam nie każdy jest zdolny to przeczytać. Trzeba mieć lasery w oczach.

1 lipca 2014 niewątpliwie był na prawdę wielkim wydarzeniem dla mnie i Dżekiego, bo doświadczyliśmy czegoś, co na prawdę na długo zapamiętamy. To było to czego chciałem. Chciałem doświadczyć koncertu death metalowego i chciałem posłuchać prawdziwej rąbanki. Death Metal ma to do siebie, że jest muzą przeznaczoną tylko dla twardzieli. To był cios w samo sedno i tak miało być. Poniżej szczegóły.
Na koncert jechaliśmy z Dżekim już o godzinie 15 w długą podróż samochodem. Wskoczyliśmy do Zblewa na stację Orlen zatankować paliwo i jechaliśmy do Warszawy. Jechaliśmy jeszcze sobie do Pelplina na pizzę i jakieś jedzenie kupić w Polo. Wtedy jechaliśmy autostradą do Stolicy i udaliśmy się do Warszawy. Jednak musieliśmy niestety mapę kupić, bo by było ciężko trafić do klubu Progresja Zone. Z Bytoni jeszcze wzięliśmy Habita i Beatę do Starogardu. A wtedy tylko my dwaj twardziele na koncert. W Warszawie byliśmy około godziny 18-tej i poszliśmy na prowiant po piwka i oczekiwaliśmy tylko na to aby nas wpuścili na godzinę 19 do środka. Z racji tej, że nie mieliśmy biletów, to musieliśmy kupić je. Na szczęście znaleźli się dobrzi ludzie i nam sprzedali dwa bilety w cenie 50 zł taniej, czyli za 2 biety płaciliśmy tylko 150 zł, a kosztowały ogółem 200 zł. To już ta wiadomość była dla nas super, bo wiedziałem wtedy, że możemy sobie pozwolić na troszkę więcej. Gdy już weszliśmy do środka, to zaczął na support grać zespół Spirit. A tak przerywając, to wszyscy wyglądali jakoś po ludzku, a ja ani koszulki metalowej, ani nic. No, ale trudno musiałem jakoś to znieść. Wracając do zespołu Spirit, to powiem, że zagrali naprawdę dobrze i pozostawili po sobie na prawdę dobre wrażenie. Mieli na prawdę dobre kawałki i to był też fajny zespół, bo w końcu Death Metalowy. Niestety nie znałem wcześniej tego zespołu, więc nie wiem jakie kawałki konkretnie zagrali. Zespół fajny tylko szkoda, że tak krótko grali. Szkoda troszkę było tego zespołu, bo było wiadomo, że każdy przyjechał tutaj na Decapitated oraz Gojirę. Jednak nikt nie wygwizdywał ich tylko każdy bił im brawa i to było super, że pomimo iż każdy przyjechał tutaj dla innego zespołu, to jednak docenili też tych słabszych. Ja też ich lubiłem. Też fajna muza była. Może jakbym poznał ich wcześniej bardziej byłbym zorientowany jakie utwory grali. No, ale nic, gdy skończyli grać, to na ich miejsce przyszedł zespół, który już kilkakrotnie słuchałem, czyli zespół Decapitated. Ten zespół już na prawdę zagrał ostro. Chłopaki pokazali klasę, jaka dominuje na scenie Death Metalu. Kto by pomyślał, że wśród naszego kraju znajdą się ludzie, którzy potrafią tak płynnie i czysto grać Death Metal. Można ich porównać trochę nawet do Kanadyjskiego zespołu guru od Technical Death Metal, czyli Beneath the Massacre. Powiem, że naprawdę zespół pokazał klasę. Decapitated mają swojego człowieka od wokalu, który dał z siebie wszystko. Można użyć tutaj stwierdzenia, że piekło pochłonęło nas, a my piekło. Zawsze marzyłem posłuchać brzmienie Death Metalu na żywo. Zobaczyć jak to jest słuchać na żywo taką nawalankę. To była czysta przyjemność posłuchać takiego czegoś. Możecie powiedzieć, że jestem pizduś, ale za to jestem na prawdę człowiekiem, który nie jedną muzę słuchał i może dużo mam przesłuchanej perskiej muzyki, ale Metalowa muza coraz wyżej się pnie u mnie po szczebelkach na szczyt. Najbliżej tego osiągnięcia jest właśnie zespół, który grał jako ostatni, czyli Gojira. Decapitated na prawdę pokazali jak się gra prawdziwy techniczny death metal. To granie mi przypomniało jak powinno się grać na perkusji przede wszystkim. Szkoda, że ja już nigdy nie będę perkusistą, bo mam kłopoty z prawą ręką. Szkoda tego, bo bym na prawdę zaszalał wtedy. No, ale nic życie toczy się dalej swym torem jak to śpiewał kiedyś Liroy. Wracając do Decapitated, to chłopaki na prawdę zmiażdżyli swą muzą wszystko. Techniczna piękna gra na perkusji oraz nisko przesterowane gitary, to wizytówka death metalu. To jest właśnie to, tak się gra dzisiaj death metal. Decapitated był ostatnim zespołem, który grał przed Gojirą. Na zakończenie swojego koncertu zagrali chwilkę istrumentalnie utwór Gojiry - To Sirius. To było piękne zakończenie ich koncertu. No jeśli chodzi o [Decapitated] to długo grali i bardzo dobrze, bo chcieli nas jak najdokładniej rozgrzać przed Gojirą. Były kilkakrotne pytania od wokalisty: Czy już jesteście gotowi na Gojirę? Odpowiedź była różna i tak i nie. Większość chciała jeszcze ich pozostawić na scenie - ja też, bo grali świetnie, więc zasłużyli na to. Nagrodą tego był powrót na scenę i tak trzy razy powracali. Gdy już ostatecznie odeszli ze sceny, to chłopaki zaczęli zwijać sprzęt by ustąpić miejsce dla Gojiry. Zapakowali sprzęt sprawnie i to dobrze szło. Na prawdę jeśli chodzi o Decapitated, to to było to czego chciałem. Powtarzam to już znowu, ale na prawdę byli super. Gdy swój sprzęt zwinęli, to sprzęt zaczęli rozpakowywać nie sami muzycy z Gojiry, ale ich ludzie od sprzętu. Troszkę to trwało, bo chodziło o to, by jak najdokładniej wszystko grało i żeby wszystko było tak jak należy. Gdy już wszystko było zrobione perfekcyjnie, to weszli i oni - Gojira. To było na prawdę ostre wejście. Tylko zagrali króciutkie Intro i przyrąbali z grubej rury - To Sirius. Przepiękny kawałek do szaleństwa, dlatego pogo nie brakowało. Ludzie zaczęli na scenę wrzucać delfiny nadmuchane i to było super kiedy muzycy oddawali je spowrotem. Kolejny utwór jaki zagrali był z nowo wydanej płyty L'Enfant Sauvage i zagrali kawałek The Axe. Tutaj przepięknie wszystko brzmiało. Rozpoznać było, że to styl z nowej płytki i też to był ostry kawałek. Następnie zagrali kolejną pioseneczkę z From Mars To Sirius utwór pt. The Heaviest Matter of the Universe. To też jest mocny kawałek i też super się słuchało. Next utwór to Backbone z tej samej płyty. Kolejna super muza z albumu The Link czyli Love. W ogóle chyba nie znam utwóru Gojiry, który by był zły. Następnie to już był hicior, czyli Flying Whales, to już naparzanka na całego, bo też z albumu From Mars To Sirius. Kolejny utwór dla mnie też hicior z nowej płyty, bo tytuł brzmi tak samo jak album, czyli L'Enfant Sauvage. Następnie zagrali utwór z albumu The Way of All Flesh, czyli Toxic Garbage Island. Wtedy kolejnym hiciorem był popis Mario jako drum solo. Tutaj było widać piękną techniczną grę Mario na perkusji, to było super. I potem był powrót do płyty The Way All Flesh i utwór pt Oroborus. Też przepiękna muza i lubię w tym kawałku grę Mario na perkusji. Vacunity to znowu utwór z albumu The Way All Flesh. Jeszcze następnie przedostatnim utworem jaki zagrali był In the Forest z płyty Terra Incognita - debiutanckiego albumu Gojiry. Na koniec był bardzo ostry kawałek z płyty From Mars To Sirius, czyli Where Dargons Dwell. To było piękne zakończenie wspaniałego koncertu. Po koncercie wszyscy się rozeszli, a ci najbardziej wytrwali - wśród w nich my z Dżekim - poczekaliśmy na autografy oraz zdjęcia z muzykami z Gojiry oraz Decapitated. Dopięliśmy swego i mamy fotki:

                                                To fotka z gitarzystą Decapitated.



                                        
                                          A tutaj 2 fotki z perkusistą Gojiry Mario Duplantiera





                                                I jeszcze wspólnie z Dżekim fotka z Mario:




A tutaj już Dżeki z gitarzystą Gojiry Christianem Andreu:





mamy autografy i mamy 100% satysfakcji z tego koncertu. Jeszcze ja na koniec kupiłem sobie płytkę Decapitated i koszulkę. Wtedy jeszcze troszkę się pokręciliśmy i poszliśmy do samochodu jadąc do domu. Powrót nie był za bardzo udany, bo bardzo ciężko było się wydostać, gdyż drogi były remontowane, a wszędzie pełno objazdów. Prze takie coś nałożyliśmy około 40 km. Gdy jednak już wyjechaliśmy z Warszawy, to pojechaliśmy sobie na jedne zacisze i wypiliśmy po browarku i poszliśmy się położyć spać. Wstaliśmy coś koło 9-tej rano i pojechaliśmy do domu. Jendak udało nam się jeszcze pojechać do Malborka, bo chcieliśmy zobaczyć z bliska zamek. Chciałem sobie jakąś pamiątkę kupić, ale nie opłacało się, bo wszystko za drogie było, więc troszkę pochodziliśmy tam i pojechaliśmy do domu.

Podsumowując ten koncert, to powiem szczerze, że to był mój wymarzony koncert, bo w końcu pojechałem na koncert prawdziwego Death Metalu, czyli Decapitated oraz zawsze moim marzeniem było na żywo usłyszeć głos Joe Duplantiera i techniczną grę Mario Duplantiera, oraz wspaniałą grę na basie Jean'ea-Michel'a Labadie i grę na drugiej gitarze Christiana Andreu'ea. Po prostu tego się da opisać skoro nie wie nikt jak to jest po prostu trzeba samemu to przeżyć. Najpiękniejszą pamiątką są oczywiście zdjęcia z zespołem jednych i drugich. Po prostu wielkie dzięki i wielki szacunek dla Decapitated, oraz Gojiry, bo to było coś wspaniałego być na tym koncercie. To było aż miłe usłyszeć takie coś. Dzięki też dla Ciebie Dżeki, bo dałeś się namówić na koncert i dzięki wszystkim za wspaniałą atmosferę, którą każdy budował. To było moje największe marzenie, które się spełniło. To było coś co człowiek przeżywa bardzo mało kiedy, ale za to z jakim depnięciem. Na zakończenie posłuchajcie tego utworu, bo jest po prostu piękny:

środa, 2 lipca 2014

Jak Godzilla



Jesteśmy po koncercie Gojiry! Jednym z najbardziej mocnych na jakich byliśmy! No w końcu death metal, to jest coś co przede wszystkim Kosa ubóstwia i trzęsie do tego głową. Gojira nas zeżarła. Francuzi pokazali co potrafią i od samego początku zaczęła się naparzanka. Potem było już tylko mocniej, w efekcie na sam koniec byliśmy jak dętki!

Ale było warto! Na takie koncerty to się jeździ! A po koncercie nasza cierpliwość została nagrodzona. Czekaliśmy na chłopaków żeby chociaż chwilę z nimi pogadać, zrobić sobie jakieś fotki, autografy wziąć (niby takie tam bazgroły na szybko ale jednak zawsze cieszą). No i przyszli! Super goście! 

czwartek, 16 stycznia 2014

Koncerciwo


Już dawno nie pisaliśmy tutaj nic o koncertach więc teraz nadarza się ku temu okazja. I to nie byle jaka bo choć koncert może z najwyższej półki nie będzie (nie przyjedzie ani Frusciante, Tool też nie bo tej nowej płytyki to oni chyba nigdy nie nagrają, a Daft Punk (tak przeze mnie uwielbiany ostatnio!) to się nie szlaja po takich dziurach jak te nasze tutaj). No ale koncert będzie.

Nazywa się to "Koncert dla Jaro" czy coś w ten deseń. Zagrają Darious band (chyba nie pomyliłem), nasi ziomale z zespołu TYLKO oraz w pełni blasku swojej chwały zespół MOTA. Dopowiem że ja się tam udzielam basowo.

Informacja krótka acz treściwa. Koncert zaczyna się o godzinie 19 dnia 25 stycznia w Starogardzkim Centrum Kultury. Wjazd to aż 25 zł, tyle kasiory bo ta kasa pójdzie na leczenie Jara. No bo to taka szczytna akcja jest.

Tak czy siak, jest to okazja żeby usłyszeć/zobaczyć zespół MOTA na żywo, no normalnie LIVE SZOŁ. To teraz wszystkie koty ze starogardu mogą uciekać chyba.

https://www.facebook.com/events/726754407353428/?fref=ts
wtorek, 24 września 2013

doom'

Fotka jakiegoś fotografa (mamy nadzieję że nas za to nie zabije)
tam widać jak się Szogun miota i włosy Beaty się tam
elektryzują
Tydzień temu byliśmy na koncercie, w końcu pojechaliśmy znowu na jakiś koncert. I to nie byle jaki bo był to koncert doom metalowy, a więc dla dla takich tygrysów ciężkiego grania jak my był to łakomy kąsek. Tym bardziej, że sztuka działa się w Gdańsku, przed samą bramą stoczni gdańskiej gdzie ileś tam lat temu Lechu Wałęsa zasiał ferment i wybuchły fajerwerki. 

Jak jest ogień to jest dym. Albo inaczej. Nie ma dymu bez ognia, o dymy, cała ołowiana i ciężka chmura szarego dymu to nieodłączny element tej muzyki. Kolejność jest następująca: dużo dymu, ciężkie masywne riffy, woooolne tempo no i wszystko jeszcze raz w dymie. Fajna sprawa. Ja doom uwielbiam od zawsze bo jest to rzecz autentyczna, bez pitolenia, jeden ciężki kloc co miażdży i toczy się tak powoli i długo w tym dymie. Nie wiem, są tacy których to zamula bo kawałki mają po 10,15 min ciągną się i kleją usmarowane tym dymem ale mnie to akurat rusza. Bo za każdym razem jest to długa, mocna podróż w surowe i przytłaczające rejony. No dla mnie miazga i dziewczyny również to popierają :)
niedziela, 4 sierpnia 2013

Woodstock zaliczony


Na początku roku kiedy planowaliśmy sobie cały ten 2013 rok to mówiliśmy sobie, że trzeba jechać na woodstock. I to na sto milionów procent choćby nie wiem co czeba jechać. Ale jak zwykle COŚ. Coś stoi ci na drodze, coś co ci przeszkadza, są jakieś przeciwności - a to że daleko, a to że zawsze jakiejś kasy trzeba, a to że mało czasu (bo nie dostanę urlopu na te dwa dni), a to a tamto. No i zastanawialiśmy się w zasadzie do samego końca czy jechać. Był piątek godzina 16 no i postanowiliśmy - jedziemy!

środa, 19 czerwca 2013

A w sobotę Dżeki grał koncert


Tak właśnie. Po jako takiej przerwie znowu zagrałem z moim bandem koncert i co zaskoczyło nas samych - ten nawet się udał. Chaos był jak na początku świata ale zdołaliśmy to okiełznać i nadrobić niedociągnięcia rytmicznymi czy też spazmatycznymi ruchami głowy. Czyli ogień był i udało się. Kolejny wormsowy koncert zaliczony bo jak zawsze wiernie towarzyszyły mi wormsowe dziewczyny i dzięki wielkie za ich wsparcie duchowe, moralne, a nawet za pogo! Po długim, długim czasie dziewczyny wskoczyły w pogo i to przy mojej muzyce. Aż zmiękłem, a tak twardo chciałem na basie trzaskać. Na szczęście założyłem czapę Cthulhu i chyba nie dałem po sobie tego poznać.


Tutaj tylko dwie fotki z koncertu. Więcej znajdziecie na blogu MOTY. Tak się składa że też na blogspocie jest, dziwne nie? :) I jest tam nawet jeden filmik z naszym kawałkiem. Zwałka była w tym kawałku średnio co 30 sekund ale przynajmniej udało nam się go zagrać w całości. Tacy z nas doomowo/blackowi muzyczni artyści terroryści. 

Przy okazji pozdro dla zespołu TYLKO i wielki szacun za ich wielki hicior pt "Dywan"!
czwartek, 13 czerwca 2013

Koncert w Cytawie


Krótko i na temat. Zbliża się kolejny koncert. I to tym razem zespołu MOTA, w którym na basie udziela się moja skromna osoba. To jest chyba nasz piąty koncert dopiero i ja już sam nie wiem co to będzie. No ale mamy zagrać w tej Cytawie.

A skoro już jest taka okazja, to jest okazja żeby posłuchać niekonwencjo... tzn dziwacznej muzyki, jest okazja żeby się spotkać. Zagramy gdzieś tak z godzinkę bo na więcej nie mamy materiału. No może na chama by się znalazł ale nie ma co ryzykować. Więc zagramy nasz stary oklepany repertuar, który akurat dla szerszej publiczności (tj dla każdego kto nie był w naszej piwnicy prób) jest zupełnie nieznany.

Tu jest link do wydarzenia na facebooku. Koncert odbędzie się w Pruszczu Gdańskim. Klub Cytawa Cafe. Start w najbliższą sobotę o godzinie 20:00, wstęp za free (chociaż coś dobrego!)

Zobaczymy co to będzie. Do soboty!



poniedziałek, 20 maja 2013

Asymmetry Fest 5.0

Wymarzona fota z krasnalami z Ufomammut! CZAD!
W tym roku pięknie rozplanowalismy sobie długi weekend majowy. Zwykle był on zarezerwowany na organizowanie Wormsaka, bo to przecież wielki bonus, dodatkowe wolne dni na ogarnięcie tych wszystkich spraw organizacyjnych. Ale w tym roku zaryzykowaliśmy bo lubimy życie na krawędzi. Mocne brzmienia też lubimy. 
Czailiśmy się od dwóch lat na taki festiwal zwący się Asymmetry. Ale dwa lata temu i rok temu Wormsak był dla nas na tyle priorytetowy, że nie mogliśmy sobie pozwolić na taką nutkę zapomnienia. No ale teraz to co, mieliśmy dodatkowo w zespole Krzysia, wszystko szło w dobrym kierunku, a poza tym pomyśleliśmy sobie że mamy w tym takie doświadczenie że nawet bez tego weekendu majowego z Wormsakiem wyrobimy się na czas.




A potem siedzieliśmy do 4 w nocy przed samym marszem bo tyle jeszcze było do zrobienia.





Ale cóż, bilety kupiliśmy z baaaardzo dużym wyprzedzeniem, a takiej kasy nie mogliśmy od tak sobie po prostu zaprzepaścić więc bez skrupułów wsiedliśmy w pociąg do Wrocławia na spotkanie z zupełnie INNĄ muzyką.
sobota, 9 marca 2013

Koncertowanie na ekranie!

ahaha To wy z Bytoni przyjechaliście?
Dobra tytuł jest bez sensu ale to nic. Ważne że dużo się dzieje! Tak jest, o to nam zawsze chodziło i chodzi. Żeby się coś działo. A że zimową porą to różnie to jest to trzeba wymyślać różne takie. W ostatnim czasie sporo koncertowaliśmy. I to bardzo udanie koncertowaliśmy!
niedziela, 3 marca 2013

POGROM! Pogrom Ludziska!



Słuchajcie taki krótki news bo po co się rozpisywać. Mój zespół w końcu, po martwicy mózgu jaka nas ogarnęła, powraca żeby zagrać koncert! 9 marca to będzie. W Osiecznej, z której już potem pozostaną tylko zgliszcza, karaluchy i wielki krater bo planujemy zrobić takie dymy i takiego kopa wszystkim zasunąć. Każdy fan zespołu MOTA (o ludzie ile ich jest!) oraz ciężkich brzmień obowiązkowo powinien stawić się w Osiecznej 9 marca by poczuć mrok i siłę młotu Thora na własnej skórze! Więcej info na stronce MOTY co się tu będę wiele! 

sobota, 2 marca 2013

Szalom, Matisyahu!

 
Przychodzi w życiu taki moment, że niebo zaczyna się do nas uśmiechać i wysyła nam Anioła, który swoją pieśnią przekazuje nam ważne treści lub takie, dzięki którym czujemy się lepiej, czy też zadumamy się na chwilę. Tym razem nam wysłano takiego Anioła...
niedziela, 9 września 2012

My head is like a Flapjack!

Guzik!
Jesteśmy po kolejnym koncercie! W ostatnim czasie jakoś tak często pojawiamy się na koncertach. Najpierw była luxtorpeda, potem Budka, a dnia wczorajszego była sztuka najlepsza z najlepszych czyli... koncert grupy FLAPJACK! 

niedziela, 2 września 2012

(LUX)torpeda

Fanklub i jego idole! 
Korzystając z ostatnich dni wakacji (kto miał wakacje ten miał! a studenciki to już w ogóle za dobrze mają!) postanowiliśmy je jakoś aktywnie wykorzystać. Aktywnie to znaczy, gdzieś się pojawić, zakręcić itd. I tak się akurat trafiło, że w ostatni poniedziałek w Czersku był koncert. A że dawno muzy na żywo nie słuchaliśmy to okazja była idealna. Tym bardziej, że koncert z pewnych względów był wyjątkowy!

Otóż był to koncert zespołu Luxtorpeda. Nikt z nas tego nie słyszał, tzn nikt tego nie słucha bo gdzieś tam się to obiło o uszy. I ogólnie na nas ten zespół szału nie robi. Tam gra Litza (ten co kiedyś w Acid Drinkers grał a potem w Arce Noego z dzieciakami). Ale co tam, to akurat mało ważne że na nas szału nie robi. Jest koncert coś się dzieje to jedziemy. A przed Torpedą lux grał zespół USB i tutaj już zespół dobrze kojarzymy i co więcej jesteśmy zagorzałym wręcz fanklubem członka tego zespółu - naszego przyjaciela Dawida. I zwykle staramy się zaliczać wszystkie koncerty Dawida, to i tutaj musieliśmy się zjawić.

Przed koncertem myślałem, że Beata i ja jesteśmy członkami tego fanklubu ale jest jeszcze ktoś. Otóż na koncercie był również nasz robaczy Rybak, który wrócił do ojczyzny po wojażach w branży informatycznej w Irlandii. No i jak również oświadczył - on też jest fanatykiem w tym fanklubie. To jest nas trzech! 

Sam koncert był na prawdę fajny. Torpedowcy też super zagrali. Szału nie zrobili na nas (podkreślam to któryś raz) ale trzeba im to oddać, że dali czadu i super się zaprezentowali. Ale co ważniejsze Dawid jak zwykle świetnie się zaprezentował i było bardzo fajnie spotkać się i pogadać. A całe to wydarzenie upamiętnia ta przewspaniała tytułowa focia! 

A wczoraj po BłędzInO dowiedzieliśmy się, że w Czersku ma grać Budka Suflera. A to takie tango! No i też pojechaliśmy. Powiem wam, że występ tych dinozaurów zrobił na nas wielkie wrażenie i to jest zespół z klasą. A te hiciory "Jolka, Jolka", "Sen o Dolinie" znoooowu w żyyyyciu miiii nie wyyyyszło i cała reszta to nadal poruszają, całe pokolenia już teraz. Superowo po prostu! I to było za friko! Warto na prawdę warto, a poza tym znowu miło było spotkać kilku lukspolowców. Pozdrawiamy Filipa, Piotrków dwóch no i Wojciecha organizatora Depniemy, na którym na pewno się pojawimy!

I tak jeszcze zupełnie oddzielnie żeby wyróżnić. Jesteśmy również wielkimi fanami Pani Jolanty Fierek, która jest super przebojowa i niepowtarzalna i szalenie miło było ją zobaczyć wczoraj na scenie! 

I te psychodeliczne fajerwerki na koniec!
To było fajne zakończenie wakacji.
wtorek, 3 lipca 2012

Wormsy na koncercie Rosetty


Wczoraj po raz drugi byliśmy na koncercie Rosetty w Gdyni. Co tu dużo pisać - lepiej zobaczcie to co tam się działo. Dźwięk jest do niczego, a obraz trochę trzęsie bo nie dało się ustać w miejscu. [Beata]
czwartek, 5 stycznia 2012

MOTA!


Dawno na naszym blogu nic nie było słychać ani nic, to teraz będzie słychać i to jeszcze jak! Bo wielu, wielu próbach, poszukiwaniach gitarzysty, nowego brzmienia, po godzinach spędzanych na wymyślaniu nowych hiciorów oto jest - nowy zespół, którego mam przyjemność być członkiem. Jest to zespół MOTA!
środa, 13 lipca 2011

Ostatni koncert


Stało się. Po niecałym roku grania (w sierpniu byłby rok) zespół Kingsize rozpadł się. A stało się to dzień po naszym ostatnim występie na zlocie motocyklowym w Czarnej Wodzie gdzie nawet jako tako wypadliśmy. Ale teraz to już nieważne bo dla mnie przygoda z tym zespołem się kończy. Tak w sumie to nawet nie wiem czy ten zespół się rozpada, nawet tego nie wiem. Ale myślę, że tak bo połowa zespołu już odeszła więc zrobiło się nieciekawie.

Przez cały rok skręciliśmy 8 kawałków, zagraliśmy dziesiątki prób i zaledwie trzy koncerty. Ja znacząco podszkoliłem się w grze na basie i coś już tam potrafię zagrać. No i miałem okazję trzy razy wystąpić przed publicznością, a to też jest już coś, zawsze jakieś nowe doświadczenie. 

Nie udało nam się nagrać płyty, nie wypłynęliśmy na szerokie wody, nie zagraliśmy zbyt wielu koncertów, nie stworzyliśmy wielu numerów ale i tak jestem zadowolony z tej rocznej przygody z graniem. 

Teraz trzeba iść dalej, może to być skok w bok, może być krok na przód bądź wstecz ale ważne żeby jakoś iść dalej z tym graniem.

Dzień po naszym ostatnim koncercie zaliczyłem koncert KSU na tymże zlocie. Szału nie było. Tak delikatnie mówiąc to było raczej słabo. Nie ma to jak kingszajs!
piątek, 1 lipca 2011

Wystrzeleni w kosmos na koncercie Rosetty.


Najczęściej jest tak, że o koncercie na którym się było, pamięta się tak długo jak długo świszczy po nim w uszach, boli kark od machania głową i czasem też inne części ciała. A potem wraz z tym bólem o takim koncercie zwykle się zapomina. O ile oczywiście był to taki zwykły, nieszczególny koncert. Mi świszczy w uszach już trzeci dzień ale już teraz wiem, że nawet kiedy przestanie to o tym koncercie, na którym byliśmy ostatnio nie zapomnę. Tak jakby ten świst poprzez uszy dostał się do czachy i zostawił tam trwały ślad z napisem Rosetta. Bo to właśnie na koncercie zespołu Rosetta byliśmy w ten wtorek razem z Beatą.

Szykowaliśmy się na ten koncert chyba z jakieś pół roku. Od kiedy tylko zespół ogłosił, że przybędzie tutaj z dalekiej hAmeryki aby zagrać trasę po Europie, a w tym dość mocno zahaczyć o Polskę. Tak długo się na to szykowaliśmy, a tymczasem dzień przed koncertem wcale nie było takie pewne, że ruszymy do Gdańskiego klubu Mechanik aby zobaczyć to zjawisko na żywo. No ale udało się.

Podejrzewam, że nazwa zespołu pewnie nic nikomu nie mówi więc mogę trochę przybliżyć ich sylwetkę. Rosetta to zespół z nurtu tzw. Post lub sludge metalu. A oni to konkretnie grają podgatunek tego gatunku, który nazywa się art-metal. Akurat jeśli chodzi o Rosettę to często pada określenie iż jest to metal dla astronautów ze względu na to, że jest to tak kosmiczne, pełne mocy i przede wszystkim przestrzenne granie. Ale to trzeba posłuchać samemu. W każdym bądź razie nie jest to taki typowy metal z milionem superszybkich solówek, podziałów zwrotka-refren, typowych przejść i ogranych patentów. Tutaj ta muzyka sobie tak płynie, a może raczej wylewa się na słuchacza, otacza go i wchłania jak czarna dziura. Tutaj jest mała próba tej muzyki jakby ktoś był ciekaw.

W drodze do Gdańska zgarnęliśmy jeszcze jakichś kolesi którzy wracali akurat z rajdu Łupaszki i kto wie czy za rok i my się tam nie wybierzemy. Pod klub dojechaliśmy idealnie na godzinę 19 ale okazało się, że jak zwykle jest poślizg i trzeba czekać.

Potem nas wpuścili na "dużą salę" która była wielkości... (nie wielkość to jest nieodpowiednie słowo) która była rozmiaru takiego większego salonu. Czyli jak na koncert to to małe było. Sceny też nie było, barierek nie było. Były za to kafelki, na suficie takie płyty, rozstawiona perka, pełno sprzętu. Wiary też było mniej niż się spodziewaliśmy ale w razie W, szybko wbiliśmy na sam przód.

Po jakimś czasie na scenie zameldował się polski zespół Obscure Sphinx. 6-strunowy bas, podwójna stopa, 8 strunowy elektryk, groźnie wyglądająca dziewucha na wokalu z bandażami owiniętymi wokół rąk. Niby groźnie wyglądająca ale sprawiała sympatyczne wrażenie. Zastanawialiśmy się więc co oni takiego zaprezentują. Zaczęli spokojnie, pełno różnych elektronicznych przeszkadzajek, a potem ruszyli mocniej. Był ciężar, demoniczny klimat i tajemniczy nastrój przy tym wszystkim. Ja raczej nie przepadam za damskim wokalem, a ostatnio to już w ogóle zraziłem się do damskich wokali ale to co pokazała ta dziewczyna to było coś. Taki ryk i wrzask, że klękajcie narody. I jeszcze takie dziwaczne, opętane ruchy na scenie. A potem ta muzyka robiła się taka bardziej hipnotyzująca żeby po chwili znowu uderzyć. To było dobre. Pozostawili po sobie świetne wrażenie. A co najlepsze na żywo ci goście wypadają lepiej niż na płycie, na płycie czegoś brakuje, na żywo robi się z tego prawdziwy mroczny klimat.

Zaraz po tym zespole rozbił się zespół City of Ships. Ci to chyba byli najgorzej nagłośnieni bo pomimo, że staliśmy metr od wokalisty to nie słyszeliśmy go w ogóle. Nawalali ostro ale ta muzyka była taka trochę bez wyrazu, mało czytelna była. Nie wiadomo do końca co to było. Ale perkusista śmigał na perce aż miło, najlepszy pałker tego wieczoru. Nawalał tam jak maszyna. Ogólnie to ten drugi zespół jakiegoś większego wrażenia na nas nie zrobił. Fakt faktem, że mieli skopany dźwięk ale te kompozycje też jakoś na kolana nie powalały.

Po tym występie została już tylko Rosetta. Trochę im zajęło rozstawienie się. Sprzętu mieli w pip i jeszcze więcej. Kilka piecy, laptop, pełno tych efektów dźwiękowych, kabli, wtyczek i nie wiadomo co tam jeszcze. Nie wiem co tu napisać o ich występie. Już po pierwszej minucie była miazga, a ja czułem się jak ostatnie stadium marmolady. Tak jakby mnie ktoś w kosmos wystrzelił. Wokalista Mike Armine wręcz walczył z tłumem, który ostro ruszył do przodu, tak że wpadaliśmy tam na ich sprzęty. On pchał się na nas, a my na niego. Nie minęło kilka chwil, a ludziska czapnęli Armine na falę ludzkich rąk i omal nie wgnietli go w sufit. A on ryczał i wrzeszczał dalej do mikrofonu jakby nigdy nic. Przy lądowaniu aż się trochę sufit uszkodził ale co tam, za chwilę Armine znowu był w górze i śmigał tam jak rakieta. Ile ten koleś ma w sobie energii! Taki mały, chudy, niepozorny ludzik a jak ryczał tam z mocą wybuchającej supernovy. Podchodził do nas i prosto w twarz wrzeszczał bez opamiętania. Aż cały czerwony był i żyły mu powychodziły - no coś pięknego, jak to stwierdziła Beata. Cały zespół po prostu zmiażdżył ten mały klub i zagrał z mocą big bang. A może i jeszcze bardziej. Toć to istny koniec świata był. A pogo takie jakby nas czarna dziura czy jakaś inna energia chciała wessać. Potem zaczął sprzęt szwankować - to piecyk nawalił, to jakieś efekty czy wtyczki, błona z centrala została zerwana. Ale co tam, to jest pikuś. Oni dalej rozwalali wszechświat. Jeden wielki chaos, pałer, nieziemski klimat i jakaś taka więź między zespołem (a w szczególności Arminem) a publiką. No koniec świata dosłownie.

Po koncercie Beata rzuciła się najpierw na Armine z uściskami, potem na gitarzystę, któremu przez pół koncertu jej włosy szurały po gryfie gitary. O tak, tak właśnie miało być. Na koniec jeszcze się uściskała z perkusistą, takim wielkim spoconym amerykańskim misiem, który stwierdził, że to jest disgusting. I tylko nie wiadomo czy przytulanie do dziewczyn jest disgusting czy to on był taki disgusting. Najlepszy był jeszcze jakiś gościu, który stał za nami i jak ledwo skończyli grać to on chyba sam do siebie powiedział takim zdyszanym, wycieńczonym głosem "to jest najlepsze co mnie mogło spotkać!" Tak, tak, tak! Koleś miał rację!

Po koncercie jeszcze nawet chwilę pogadaliśmy sobie z Arminem i kupiliśmy od niego koszulkę. A potem już tylko wracaliśmy do domu, zmiażdżeni tym wszystkim. A wracaliśmy jadąc pod gwieździstym niebem więc było dobrze. Jakoś ten kosmos jednak wytrzymał to wszystko.
czwartek, 30 czerwca 2011

Koncert na zlocie motocyklowym


Jutrzejszy dzień będzie kolejną okazją do tego aby po raz kolejny posłuchać na żywo zespołu kingsize, w którym to udzielam się basowo. Po ostatnim, mówiąc delikatnie, kiepskawym występie tym razem powinno być lepiej. Zagramy jakieś 6, 7 kawałków i to będzie na tyle. Nasz koncert ma się zacząć gdzieś tak koło godziny 20 choć z tym to nigdy nie wiadomo, pewnie będzie jakaś obsuwa jak zwykle. Wjazd na koncert kosztuje dychę. Kilka takich konkretniejszych informacji znajdziecie tutaj. A dzień później ma grać KSU. My już wtedy nie zagramy, część wormsów ma już na ten dzień inne plany. 

Nie wiem co tu jeszcze więcej pisać więc do zrobaczenia jutro na scenie i pod sceną. A potem to zobaczymy co to dalej z tym graniem będzie.
wtorek, 14 czerwca 2011

Koncert zespołów garażowych


Już w najbliższą sobotę w Kaliskach odbędzie się koncert zespołów garażowych. Koncert rozpocznie się o godzinie 18 i będzie trwał dość długo, prawie jak jakiś festiwal albo coś ale nie ma się co dziwić bo zespołów jest sporo bo aż siedem. A każdy z nich chce coś zaprezentować. Wśród zespołów które wystąpią tego dnia będzie również zespół, w którym ja udzielam się basowo czyli Kingsize. My będziemy grali dość późno, chyba dopiero o 22 i mam nadzieję, że nas nie odłączą od prądu bo to przecież cisza nocna zaczyna się o tej godzinie. No chyba, że nas odłączą z innych powodów, czysto artystycznych. 

Plakat jak widać jest bardzo biedny. Pozostaje nam mieć nadzieję, że występy poszczególnych kapel aż tak biedne nie będą ale niech się każdy boi o siebie. Bo ja akurat o skecz mojego zespołu to jestem pełen obaw. Na szczęście grając na basie mam taką możliwość żeby schować się gdzieś za perkusją czy za jakąś kurtyną. No zobaczymy.

W każdym bądź razie zapraszam na koncert. Muzy będzie pod dostatkiem i będzie to muzyka różna. Bo też nazwa samego koncertu jest nieco myląca. Nie są to zespoły jedynie garażowe bo my np. gramy w piwnicy, inni grają na strychu a jeszcze inni grają w jakimś szałerku pewnie. I tak samo styl prezentowany przez poszczególne kapele będzie różny. Bo pewnie pojawi się coś punkowego, coś folkowego, a to jakieś covery czy biesiady no i tradycyjnie rege szege. 

A na koniec wystąpi nawet trochę znany zespół Milczenie Owiec. Więc warto zjawić się w sobotę na tym koncercie.

Tutaj jest link do wydarzenia na lascie.

Na fali.
niedziela, 1 maja 2011

Po dwóch koncertach

Jak nie jeździliśmy na koncerty to nie jeździliśmy. Bo nie było na co, nie było czasu, nie było kasy, bo padało, bo zupa była za słona bo zawsze coś. Ale jak już wreszcie postanowiliśmy jechać to od razu z grubej rury. Tym sposobem w tym tygodniu udało nam się zaliczyć wypad na dwa koncerty i wreszcie się wyskakać i wyszumieć. 

Najpierw we wtorek w składzie Beata, SW4Gosia i ja, śmigaliśmy do Gdyni. Tak jak pisaliśmy wcześniej na blogu grało tam Broken Betty plus trzy supporty. Jechaliśmy tam z nadzieją że będzie jazda na maksa, że nasz wszystko potem będzie boleć, w uszach piszczeć. Wiadomo, chcieliśmy mocnego łomotu, depnięcia i łamania kości. Zanim dojechaliśmy podrzuciliśmy jeszcze taką jedną pani na stopa. A się rozgadała! Ale ogólnie to widać było, że to dobra kobieta była, taka do rany przyłóż. I tak sobie wesoło dojechaliśmy (wesoło i kuźlująco bo to Gosia tak mocno ostatnio kuźluje, przed zbliżającym się egzaminem dojrzałości pokazuje pazurki) ale zanim poszliśmy do klubu to najpierw jeszcze mały spacer nad morzem. Wiecie, nastrojowo, zachód słońca, mewy, łódki, budki z lodami, el romantico e cappucino jednym słowem. A potem to już poszliśmy do Ucha na małą rzeźnię. Ze skrajności w skrajność. 

Na wejściu było spoko. Bo goście ładnie łomotali, widać było że kolesie znają się na rzeczy. Fajnie bujali czerepami, panowie we flanelowych koszulach, prawdziwi grungeowcy dla których czas zatrzymał się w latach 90-tych. No i spoko grali, aż nam nóżki chodziły. Tylko wokalista był do kitu bo przećpany był ale to tam szczegół. Potem grał kolejny zespół Psycholywood. Już ich wcześniej widziałem i nie zachwycili. Tacy tam śmieszni goście - gitarzysta wyglądał jak Kermit i strzelał miny jakby nie mógł odkręcić słoika z ogórkami. Ale za to perka ładnie chodziła. Nam już trochę zaczynało się nudzić bo ani żadne pogo tam nie szło ani nic. A zamiast wiać szatanem z głośników to wiało po prostu nudą. W końcu kermit z ekipą podziękowali i wyszła gwiazda wieczoru Broken Betty.

Zaraz na wejściu zapowiedzieli że zagrają w całości nową płytę i cały zapał zgasł w nas jak płomień świeczki. Bo się okazało, że ta płyta to taka nijaka jest. Też ani poskakać ani nic. Niby tam ordzili po tych gitarach, bas tam jeździł jak szalony (ten to akurat ładnie chodził), nawet organki mieli w jednym kawałku, pełno efektów specjalnych i innych bajerów. Ale i co z tego skoro wyszły z tego jakieś mecedyje kołomyje. Na ostatnie dwa kawałki udało się zrobić pogo to trochę się rozruszaliśmy. No i ogólnie to jednak poracha z tego koncertu. Gosia twierdziła na koniec, że ją bolą nogi od stania. Czyli to raczej nie jest dobra ocena metalowego koncertu.
A na koniec zrobiliśmy sobie zdjęcie z takim gościem. Myślałem że to Havoc z Blindead ale to jednak nie był on. Ale to nic. I tak fotę sobie zrobiliśmy.

Drugi koncert to dość niespodziewany występ TSA w Kolbudach. Dowiedzieliśmy się o nim jakoś z dwa, może trzy dni temu i decyzja była natychmiastowa - jedziemy. Nikt z nas za TSA nie szaleje ale jednak to jest uznana marka i ZA DARMOCHĘ takiego koncertu nie można przepuścić. Szkoda, że nikt z nami nie chciał się zabrać bo koncert był przedni. 

Najpierw jako support grał zespół Chemia. Takie tam pitu pitu, teksty o miłości i fruwającyh motylach. Wokalista w koszuli jakby prosto z disco inferno. A jak trochę mocniej zagrali to wczuwali się w to jakby łupali co najmniej siarczysty death. Nawet śmiesznie było. I niektóre panny się przy tym na publiczności tak dziwacznie wiły i wczuwały. No ale co tam kto lubi. Pośmieliśmy się i za chwilę miało wyjść TSA. Ludzi jeszcze sporo do klubu doszło, zrobił się ścisk, duchota i parno było. Jakiś koleś ciągle wrzeszczał ANDRZEEEEEEJ, ANDRZEEEEEEEEJ!!! I tak przez cały koncert. Chociaż patrząc na to w jakiej koszulce przyszedł (koszulka comy) to nie dziwota że robił z siebie durnia. Chociaż czasem nawet śmieszny był. Bo on ciągle swoje, tylko ANDRZEEEEEEEJ ANDRZEEEEEEEJ! ANDRZEEEEEJ GRAAAAAAAJ! ANDRZEJ NAJLEPSZY JESTEŚ! Koleś aż sobie zdarł gardło przez te swoje wrzaski a ludzie łapali się za głowy myśląc co to za paterak. 

Potem były okrzyki całej publiki TSA, TSA. Chociaż akurat my krzyczeliśmy TE RE SA. I też nam to dobrze wychodziło. Wyszło TSA, chłopaki grali z jakieś dobre dwie godziny. Dali czadu! Były wszystkie największe hiciory, pogo. Takie raczej cieńkie bo był duży ścisk, a poza tym dużo było takich biesiadników co to przyszli popatrzyć i robili duże oczy widząc co się dzieje. Ale tak to bywa jak koncerty są za darmo, coś za coś. Ale dzięki temu że tam byli biesiadnicy to przynajmniej potem zrobiło się dużo miejsca z przodu i można było przybić pionę wokaliście i być o krok od sceny. A na scenie jak i też pod cały czas był szał dzikich ciał przeplatany chwilami melancholii kiedy to TSA grało swoje piękne balladki w tym hicior gicior czyli "51" No a patrząc na to co wyrabiał Andrzej Nowak ze swoją gitarą to można było zrozumieć tego krzykacza, że go tak uwielbiał. Bo Andrzej wyprawiał cuda wianki na tym swoim wiośle. I tak pięknie minęły nam te dwie godziny. Na koniec jeszcze bisy były i to dwa razy! Fajnie z ich strony.

A teraz to nam piszczy w uszach po tym tygodniu. Ale to przejdzie. Do następnego koncertu.
 
Copyright 2003-2013 STAR WORMS
Blogger Wordpress Gadgets