poniedziałek, 20 kwietnia 2015

harpagan pod domem

Harpagan znowu zawitał w nasze strony. Tak kiedyś stwierdziliśmy, że to jest taki potwór z tego Harpagana. Jakby go zobrazować to by z tego pewnie wyszła zakapturzona postać, wyszczerbiona czaszka z długą kosą w łapie, której używa aby wykaszać z trasy kolejnych uczestników. Po drodze jeszcze ciągle rzuca kłody pod nogi, robi pod górkę, zsyła tysiące przeszkód i żeby tego harpagana pokonać to trzeba być Kozak terminator. Sto kilometrów to nie przelewki. My to tutaj wiemy bo w harpaganach nie raz już startowaliśmy. Ja na swoim koncie mam już cztery ukończone harpaganowe setki i teraz tutaj w Kaliskach miałem dorzucić kolejną do kolekcji. 

(zdjęć nie ma bo nie mam, może później się dorzuci jak się znajdą)


Każdy kto w takich zawodach startuje wie o tym, że historia w takich przypadkach nie zaczyna się na samym starcie ale znacznie prędzej. Mam tu na myśli przygotowania do startu. Nasze przygotowania wyglądały całkiem nieźle. Może nie do końca tak jakbyśmy chcieli, ta forma jakoś nie chce ciągle przyjść, kilometrażu brakuje no ale przygotowania były solidne. Tak więc wymyśliliśmy sobie, że skoro z naszym bieganiem stoimy całkiem nieźle, harpagan jest u nas pod domem to postaramy się złamać 15h. Z tym właśnie jasno postawionym celem razem z Pondżolem zapisaliśmy się na pieszą setkę. 

To co mi się zawsze w harpaganie podobało i co przyciągało mnie do startu (między innymi) to obecność wielu znajomych twarzy, wielu przyjaciół. A im bliżej nas ten harpagan jest tym więcej na nim środowiska Pucharu Borów Tucholskich. Jasna więc sprawa, że i tutaj tak będzie no i tak było! Marian, Marek Wrzałkowski, Piotrek, Artur, Szymon, Ola, Filip, Agata, Spadik, Krzyś Nowak, Tomek Plicht, Rafał, Staszek Fryca z młodymi i inni nie wymienieni. (pozdro dla tych których nie maaaa!) To jest ten element, który tworzy świetną atmosferę wydarzenia - znajomi ludzie, z którymi przyjdzie nam startować i wspólnie dzielić te emocje. 

Mając na uwadze to co napisałem w poprzednich akapitach to przyznaję, że głównym pretekstem do startu w 49 edycji było to, że... blisko. Że u nas. Bo tak to nie wiem czy byśmy jechali. Ale że jest u nas, to przecież musimy! Tak to było. I ten jeden argument okazał się na tyle ważny, że nakrył cieniem całą plejadę argumentów, które do startu w harpaganie (przynajmniej mnie) zniechęcają. Ale o tym będzie jeszcze później.


Tak więc jak wspomniałem wcześniej dla nas operacja pod tytułem "harpagan 49" rozpoczęła się znacznie prędzej. Ja mógłbym dodać do tej historii jeszcze jeden osobny rozdział, jeszcze przed startem. Dla mnie kluczowy i decydujący w tej historii bo to właśnie on zadecydował w głównej mierze na mojej klęsce. Gdybym pisał opowiadanie to zatytułował bym ten rozdział "nocne przedbiegi" Jest takie powiedzenie, że choroba nie wybiera. Nie wiem ile w tym prawdy albo na jakiej zasadzie nie wybiera? Czy chodzi o osobę czy o termin? Bo jeśli chodzi o termin to dzień przed harpaganem choroba wybrała właśnie mnie. Czarny scenariusz który dosłownie spędził mi sen z powiek. Jelitówka. Niecałe 24h przed tak długo wyczekiwanym startem łapie mnie jakiś cholerny wirus, nie wiem skąd się przypałętał i dlaczego akurat teraz? Dlaczego nie mógł chociaż tak z 2 dni prędzej, albo chociaż dzień po starcie. Nie - akurat przed samym startem, czyli jakby nie patrzeć jest to zawsze mega ważny dzień ja walczyłem z chorobą. Tak więc noc poprzedzającą harpagan miałem całkowicie nieprzespaną za to mogłem sobie trochę pobiegać na dystansie toaleta - moje łóżko. Taką miałem nockę. A potem to wiadomo, osłabienie, wypłukałem się za pewne z wszelkich minerałów, bakterii i innych mikroskopijnych żyjątek, które gdzieś tam w organizmie człowieka się mieszczą. 

Kiedy tak przekręcałem się w łóżku próbując zasnąć, myślałem sobie "cholera co to będzie?" Wiem doskonale co to znaczy pokonywać dystans 100km. Wiem jakie to mordercze przedsięwzięcie. I teraz panie weź tego dokonaj po takiej nocy? 

Nazajutrz snułem się po domu jak widmo. Niewyspany, zero apetytu, wymęczony. Ale nie mogłem sobie odpuścić startu. Nie mogłem poddać się bez walki. Wiedziałem, że teraz to już może być po ptokach. No ale przecież nie poddam się bez walki!




W bazie zjawiliśmy się niecałe 2h przed startem. Przyjaciele byli już niemal w komplecie. Zgromadziliśmy się wszyscy we wspólnym kącie na sali gimnastycznej, wszyscy w bojowych nastrojach, gotowi do zmagań na trasie. Dało się już wtedy wyczuć adrenalinę. Wszyscy kręcimy się, wyczekujemy, źrenice rozszerzone, co to będzie. Przebieramy się, pakujemy plecaki, Pondżol wyjmuje zestaw małego chemika i rozrabia nam izotoniki na trasę. Przyda się dobre nawadnianie i dobre odżywianie. To jest podstawa. (Mi oczywiście zabrakło i tego i tego już dzień przed startem ale jak to nadrobić?) 

Równo o 21 ruszamy z przed szkoły. Dostajemy mapy. Ha! Polecimy z pamięci! To jest jednak mega bonus jak harpagan odbywa się tuż pod twoim domem! W zasadzie mogliśmy schować mapy i pierwsze trzy punkty złapać z pamięci, znamy te ścieżki bardzo dobrze. Dobra startujemy! Ruszyła wielka chmara świateł, nocne ptaki wylatują w las. Zaczął się wielki wyścig i walka ze strasznym potworem. Walka ze sobą. 

Pierwszy punkt polecieliśmy jak z procy. Ktoś tam krzyknął "gonić Nowaka!", w rzeczy samej Krzyś był faworytem do zwycięstwa. Stanął przed szansą (chyba jeszcze nikt tego nie zrobił) wygrania harpagana po raz trzeci z rzędu. Polecieliśmy na przełaj, tuż za rogiem szkoły czaił się już na nas ciemny las i miał nas nie opuścić aż do śmierci. Wbiegamy więc w ścianę drzew, adrenalina niesie. Biegniemy ta szybko jakby to był jakiś pierwszy lepszy bieg na 5km. W tym przypadku głupie 5km to jest tylko mała kropla w morzu kilometrów. No dobra, na pierwszym punkcie meldujemy się po 23minutach. Fajnie, szybko. Ciągle biegniemy - Pondżol, Piotrek, Ola, Szymon i ja. Jest ekipa. Czym prędzej podbijamy punkt żeby tylko natychmiast ruszyć dalej. Jedziemy! Wybiegamy na główną drogę prowadzącą do Cisa. W tym momencie mogliśmy już w zasadzie schować mapy do kieszeni i do następnego punktu, który był kawałek za jeziorem Niedackim biec nawet z zamkniętymi oczyma. I tak byśmy trafili. To właśnie w tych okolicach spędzamy przecież długie godziny bo to po tych ścieżkach biegamy i trenujemy! No to do przodu na zabicie! Hajda! Aż śnieg z deszczem zaczął sypać. Chyba z tej euforii całej mocno depnęliśmy tempo z Pablito, biegało się świetnie. Do punktu 2 trafiamy jak laser, taka precyzja. 


Na trójkę też możemy lecieć w ciemno, super! Śmigamy więc ile sił w nogach, tempo jest fantastyczne, biegnie się świetnie. W każdą drogę i ścieżynę wbiegamy na pewniaka, w ogóle nie musimy upewniać się na mapie bo przecież znamy tutaj każde drzewo i kamyk na drodze. Dlatego bardzo szybko przemieszczamy się do trójki. Jest ognicho! To tak przyjemny moment, zobaczyć w gąszczu czarnych drzew płomień światła. Jedna z najprzyjemniejszych chwil na harpaganie. To światło, jak ćmy ciągniemy do niego, do ognia, daje nadzieję i radość. Baja!
Jesteśmy na dwunastym miejscu. W sumie to zaskoczka bo na prawdę zasuwamy, a tu się okazuje że 11 osób było od nas szybciej? Wariaci! 


Do czwórki luzujemy już trochę. Widzimy jak wymija nas Krzyś Nowak, musiał chyba się tam nieźle motać z początku. Ja zaczynam słabnąć. Dosłownie czuję jak z każdym metrem robię się coraz słabszy. Cała para ze mnie schodzi. Boli mnie łeb a generalnie to mnie głowa boli raz na ruski rok. Ciągle pije, ciągle chce mi się pić. Docieramy do czwóreczki, a ja robię się tak słaby, że sam nie dowierzam co się ze mną dzieje? Idziemy. Wsuwam żela, piję redbulla. Musi mnie to jakoś postawić na nogi. Pondżol by pewnie zasuwał jak pociąg, a ja czuję się tak słaby. Ale okej, biegniemy dalej, do piątki jest niedaleko.

Tutaj to już tak każdej drogi nie znamy i chyba też spadła nam koncentracja bo te 3 czy 4km które były z czwórki do piątki to robimy w 1h30min!!! Tak się tam zamotaliśmy! Gdzieś tam za szybko weszliśmy, potem źle skręciliśmy. Do diabła jasnego, żeby na swoich terenach tak głupie błędy porobić. Nie mogliśmy znaleźć... jeziora. To się w głowie nie mieści. Może dlatego, że się nie mieści to tak mnie właśnie boli? Bo łeb mnie boli, brzuch mnie boli. Po prostu nie czuje się dobrze, jest słabo. Nie ma tej energii bo skąd ma być. Wiem, że ze mną to będzie kiepski temat. Już to wiem.

W końcu tą piątkę znajdujemy. Czas stracony, dobra pozycja również, spadamy na łeb na szyję. Potem biegniemy na szóstkę. Nawigujemy dobrze, do czasu. Znowu jakiś kurde czeski błąd? Za szybko skręcamy, potem znowu i lądujemy gdzie? W ciemnym lesie, a drogi nam się plączą. Jak to możliwe żeby w tak prostych miejscach odwalać takie akcje? Znowu nie mogliśmy znaleźć punktu przy... jeziorze. To był wstyd. Jakoś się wreszcie odnaleźliśmy ale znowu nadłożyliśmy tam trochę metrów, kilometrów i straconego czasu też nikt nam nie zwróci. Tak trochę tym rozbici postanawiamy przyłączyć się do peletonu, który bardzo pewnie zmierzał przesieką prosto na punkt numer 7. Potem po siódemce trochę biegniemy, do tej brukowej drogi. Długiej brukowej drogi. Jestem mega osłabiony, czuję się jak taka kaczka. Powietrze zeszło z dętki i jest flak. Nic tu nie gra, nic nie jest tak jak powinno. Zawsze końcówkę pętli starałem się depnąć, tak samo początek drugiej pętli. Dziś wiem, że na 40tym kilometrze wypruwam sobie flaki i ciągnę się jak takie zwłoki. Po Pondżolu czuję że wyrwał by jak młody ogier i popędził do przodu ale byłem niestety hamulcowym. A miało być tak pięknie. Nie tym razem, czarnego scenariusza ciąg dalszy.

Do punktu 8 trafiamy bez problemu. Trochę tam tez momentami podbiegamy ale to nie jest to co miało być. Nie w moim wykonaniu oczywiście. Taki słaby. Szok. I pić mi się chce jak cholera. Docieramy do bazy w czasie 7h39 min. Jest nieźle, mogło być lepiej. Dla mnie to koniec, przegrywam. Kończę tutaj. Czuję się totalnie wyczerpany. Pięćdziesięcioma kilometrami... Po czterech ukończonych harpaganach, jeden po drugim, tym razem odpadam już po połowie. I nie jestem w stanie nic z tym zrobić, czuję się jak trup. Nawet nie bolą mnie jakoś nogi, czuję się po prostu tak słabo. Koniec.


Pawełek szybko szykuje się do wyjścia. Wiem że Pondżol będzie leciał na zabicie. Kondychę ma diabelską i stać go na wiele. Wiem, że pociśnie. Ale lekko też nie będzie miał. Teraz zostaje na placu boju sam i już tylko sam będzie musiał nawigować. 

W tym miejscu moja relacja z trasy się kończy i mogę jedynie przekazać relację, którą przekazał mi Pondżol. A więc lekko nie było ale Pablito biegał tam jak szalony! To było do przewidzenia, będzie biegł biegł i biegł. Szkoda, że wkradło mu się trochę tych błędów nawigacyjnych bo przez to wszystko to Pondżol zrobił spokojnie ze 120km! Łapałem się za głowę kiedy pokazywał mi gdzie on tam biegał, sporo kilosów nadłożył. Ale kto Pawełka zna to wie, że to jest niezmordowany gość i jego takie rzeczy nie ruszają. Dlatego biegał biegał i walczył i wywalczył! 18 godzin i 28 minut! Pondżol odnosi wielki sukces i po raz pierwszy w swojej karierze zostaje harpaganem! Suksces smakuje tym bardziej bo przez całą drugą pętlę walczył tylko i wyłącznie sam! Wielkie gratulacje dla naszego Pablito za to co zrobił! A najlepsze jest to, że jego stać jeszcze na dużo dużo więcej i zobaczycie, że w przyszłości ten koleś zrobi jeszcze spory wicher na niejednych zawodach!

Muszę również napisać o reszcie załogi! Piotrek Nowak odpadł już na trzecim punkcie - kontuzja. Spadik odpadł po pierwszej pętli - też kontuzja. Ale reszta walczyła dalej!!!! No i po kolei! Chwilę po Pondżolu do mety dotrampuje się Marian!!!!! Wykończony totalnie, jak go zobaczyłem to był tak blady że aż przeźroczysty! Ale szedł skurczybyk i nie poddawał się! Bez żadnych treningów zrobił tego harpagana, to jest po prostu twardziel! Wielki szacun Marian i gratulacje dla ciebie!
Potem Ola, która również cholernie walczyła na trasie i dorobiła się nawet przydomku "kierowniczka" Tak nazywał ją cały peleton facetów, którzy to polegali właśnie na jej nawigacji. Nieźle ich tam przeczołgała ale najlepsze jest to, że sama po raz pierwszy ukończyła harpagan! I to jak! Od razu z wielką pompą bo była trzecia w klasyfikacji kobiet!!! Brawo!!



Szymon Zabrocki trochę za Olą, walczył walczył, gdzieś tam się rozdzielili po drodze więc musiały się tam dziać dramaty. Ale Szymon to na tyle twardy gość, że w takich sytuacjach nie składa broni i walczy do końca. Efekt? Harpagan po raz pierwszy!! Gratulacje!!

Przed samym końcem, walcząc z czasem na metę dobija również Filip! Wspierany na drugiej pętli przez Agatę zostaje harpaganem po raz drugi! To się nam zresetował! Poturbowany jak po walce z Kliczką ale Filip to jest tak zawzięty osobnik, że prędzej Kliczko padł by z wycieńczenia niż Filip dałby się powalić na deski. Pod ciężarem harpagana też się nie ugina i wywalczył tytuł po raz drugi!!! Brawo!!

Również gigantyczne brawa dla Marka Wrzałkowskiego! Kibicowaliśmy mu od samego początku. Próbował już harpaganów, nie udawało się. Teraz były treningi i to musiało się stać teraz! Lekko nie było ale widać po nim było przed startem, że to będzie jego dzień, że pójdzie do ostatniej kropli i zrobił to!!! Brawo, harpagan odhaczony! Można wpisywać w CV!

A teraz największy koks z całej tej ekipy czyli Artur! Nie wiem jak można tak szybko biegać, tak świetnie nawigować, skąd u człowieka tak końska kondycja? Nie wiem jak Artur tego dokonał bo moja głowa tego nie ogarnia ale... z czasem nieco ponad 12h Artur zajął drugie miejsce!!!! A prowadził niemal cały czas i tylko troszkę zabrakło do miejsca pierwszego!!! Ale co tam, i tak jest wielkim mistrzem i ma dożywotni szacun u nas! Nie z tej planety! Gratulacje Artur!

Na przeciwnym biegunie znalazł się faworyt. Krzyś Nowak ląduje na 11 miejscu i chyba można to określić jako jego wielką porażkę, nie pamiętam kiedy ostatnio zajął tak "odległe" miejsce.





Żeby nie było - ja również jestem przegrany. Myślę sobie o tym. Nie chciałbym się usprawiedliwiać ale zadaję sobie pytanie czy miałem prawo po tej chorobie ukończyć harpagan? Na pewno jestem ogromnie zawiedziony. Na pewno nie zdołowany bo na mnie takie porażki działają mobilizująco ale jestem zawiedziony. Najbardziej boli mnie to, że mnie nie boli. Nie czuję jakbym był na harpie, nie wykończyłem się kondycyjnie. To mnie właśnie boli. Nie tak miało być. Na stadionach śpiewali "nic się nie stało, polacy nic się nie stało" ale właśnie, że się stało. I teraz te demony trzeba przegnać. Już dziś (tj. w niedzielę, dzień po) objechałem całą pierwszą pętlę rowerem. Bo mi to nie daje spokoju. Już wczoraj szukałem okazji do kolejnych startów. Zemsta będzie tak bardzo słodka!!!!




Kilka słów jeszcze o organizacji. Tylko żeby nie było, że po mojej porażce wylewam tutaj gorzkie żale i mam pretensje do całego świata szukając na siłę dziurę w całym. Wcale nie. Raczej nazwałbym to opinią i głosem wyrażanym przez sporą ilość uczestników, tylko że ja to tutaj skleję i podsumuje i wypiszę :)

A więc w mojej opinii Harpagan nie jest wcale imprezą najwyższych lotów i jest w niej bardzo dużo niedociągnięć. Może nawet nie niedociągnięć ale elementów zorganizowanych w słaby sposób, potraktowanych po macoszemu. Pierwsze spostrzeżenie jakie mi się nasuwa to takie, że świat poszedł do przodu, a harpagan dalej jeszcze tkwi w tej epoce kiedy to był imprezą jeszcze raczkującą. Sporo się pozmieniało od tego czasu na harpaganie dalej tak samo. No może prócz wpisowego, które moim zdaniem (i nie tylko moim bo to zdanie wielu osób!) jest absolutnie zbyt wysokie jak za to co na harpaganie otrzymujemy. Skok na kasę?
Zapisywałem się w pierwszym terminie, bo najtaniej. 70 czy 80zł to było? Coś takiego. Po pierwszym terminie było już znacznie drożej, ponad stówkę. Okej co w zamian za te 7 dych dostaję?
Kolorową mapkę (dwie sztuki, no niech będzie, chociaż w sumie w tej edycji to by całą trasę na jednej zmieścili, a tak poza tym to punkty na mapie były słabo widocznie!), naklejkę, talon na posiłek w bazie, jakieś tam ulotki, numerek startowy (będzie na pamiątkę). Tutaj lista się kończy. Pakiet jest ubogi, minimum tego co powinniśmy dostać. 
Startuję trochę w zawodach, tu i ówdzie. Najczęściej jeśli chodzi o pakiety wygląda to znacznie okazalej. Często są jakieś batoniki, napoje na start, koszulka(!) i inne bajery. Tu jest bardzo biednie. No ale za to koszulkę można sobie dokupić, nie wiem jaka cena była z 30zł pewnie. 



Na trasie nie ma żadnych punktów odżywczych. Ci którzy startują na ultramaratonach dobrze wiedzą, że takie punkty są zazwyczaj rozstawiane. Nie rozumiem dlaczego tutaj na harpie, powiedzmy na 2 chociaż punktach nie można rozstawić dla uczestników chociażby wody? 

Nie kumam też trochę, że trzeba dopłacać jeszcze dodatkowo za sportIdent. Płacę wpisowe a tu jeszcze pif paf! Kolejna kasa na sportIdent, czemu dodatkowo? Czemu to wpisowe już tego nie uwzględnia? 



No ale okej, ta technologia to tak czy siak krok na przód. Tylko czemu w takim razie jeszcze 24h po zawodach wyników nie ma w necie? Jak się startuje w maratonie to nawet na telefon przyślą ci smsem twój wynik i miejsce. A wyniki na żywo można nawet śledzić kilometr po kilometrze w internecie. Zresztą relacja na żywo z harpagana to jest kpina. Ale to już komentowałem na fejsbuku więc nie będę się powtarzał. Dziwne bo można by to naprawdę fajnie zrobić. Jednym ze sponsorów imprezy jest garmin więc można by faworytom poprzyczepiać jakieś odbiorniki gps czy coś i śledzić ich ślady na żywo gdzieś w internecie. Dziś co drugi biegacz korzysta z endomondo, są tablety kurde inne sprzęty technologie, na prawdę można zrobić z tego coś fajnego. Ale nie. Tutaj dali kilka zdjęć i z relacji na żywo wyszła jakaś kaszana. Porażka!

Słyszałem też że jeden z punktów na trasie mieszanej został nie rozstawiony. To już nie pierwszy raz takie kwiatki na harpaganie. Nie raz, nie dwa zdarzało się, że biegacze czekali za punktowymi... 


Do czego zmierzam. Kilka lat temu Harpagan był w naszej mieścinie, Bytonia. Ja tam nie startowałem ale znam tych którzy startowali. Wpisowe wynosiło 35zł i to w dniu startu. Pakiet? Taki sam, w zasadzie wszystko było takie samo jak teraz. No tylko mapka czarnobiała i medali dla zwycięzców nie było, no i karty startowe. To się zmieniło. Reszta pozostaje chyba bez zmian. A kto się nie rozwija to się cofa. Dziś za praktycznie to samo płaci się dwa, a może i trzy razy więcej. Nieźle. 

To jak się tak nie podoba to po co startuję? Jest kilka powodów. Bo blisko. Bo nie ma na pomorzu alternatywy w postaci innego ekstramalnego rajdu pieszego. Bo zwykle sporo znajomych (też narzekających na to samo co ja). A dlaczego w takim razie liczba uczestników rośnie? Wydawałoby się, patrząc na frekwencję, że impreza idzie ku lepszemu. Chyba z wyżej wymienionych powodów plus "kultowość harpagana" Nie rozumiem tak do końca uczestników tych krótszych tras. TP25 na przykład czy harpusia. Przecież imprez na takich dystansach jest zatrzęsienie. Zorganizowane są milion razy lepiej, z większym zaangażowaniem, z większą pompą, dokładnością itd. No i też taniej (na sknerę wyjdę). Więc czemu akurat harpagan?

Dziwi mnie to wszystko. Że za tą kasę dostajemy tak niewiele. Mapkę i porozrzucane po mapie punkty. To na prawdę niewiele. Nie raz organizowałem imprezy na orientację i nie sądzę aby kosztowało to organizatorów wiele pracy. Zresztą i tak pewnie nie wyczerpałem tematu i można powiedzieć tu więcej. 


Dobra nie chce mi się już więcej pisać. Może komuś się zachce skomentować to będzie okazja do pogadania. Zresztą nie chce mi się już myśleć o harpaganie. Dla mnie było, minęło. Czas na kolejne starty. 

Cieszę się natomiast ze wspaniałych osiągnięć moich przyjaciół! Wspaniale było widzieć ich walczących z takim zacięciem! Tym bardziej, że kilkoro z nich po raz pierwszy pokonało setkę! Jeszcze raz wielkie gratulacje dla wszystkich, którym udało się pokonać swoje słabości! Jesteście wielcy!

15 komentarzy :

  1. To prawda harpagan do jakiegoś czasu był imprezą kultową. Była to impreza z klasą, ale jak to się mówi - "im więcej kombinacji, tym gorzej". Do czego zmierzam? Chodzi głównie o to, że za dużo pierdołów jest dodawanych. Po co wprowadzać chipy? Mogło by być bez tego, bo elektronikę można przecież oszukać. Kolorowe mapy? Skoro to jest impreza ekstremalna, to starczą czarno białe. Po co dodatkowe trasy 25 km i harpuś na 10 km? Skoro to ma być impreza rangi harpagan, to powinny być trasy 100 km pieszo w 24h, 200 km w 12h i 18h trasa mieszana i to finito. To nie jest tak, że uczestników przybywa. Po prostu są dodatkowe trasy i na nie przychodzą różni ludzie: Ci, którzy chcą sprawdzić siebie na trasie TP 50 - pójdą na trasę pieszą 50 km. Ci, którzy chcą iść na trasę 100 km - pojadą na trasę 100 km rowerem (taka iluzja z mojej strony - że 100 km rowerem to i ja dałbym radę przejechać, nawet nie trenując jazdy na rowerze). No i wreszcie trasa Harpuś na 10 km. Hmm zastanawiam się, czy w ogóle to powinno nazywać się harpagan, bo ja uznaję zasadę, że harpagan, to są trzy trasy: TP - 100 km w 24h, TR - 200 km rowerem w 12h oraz TM - 150 km, czyli 100 rowerem oraz 50 km pieszo. W zasadzie trasa mieszana, to już nie jest aż taki harpagan jak te dwie poprzednie. Także można wiele dyskutować na temat harpagana. No i też mnie to zaskakuje, że ludzie dziwią się mnie, dlaczego nie startuję na harpaganie, skoro impreza jest tak blisko, a ja po prostu mówię, że mnie ta impreza nie kręci. Po tym co czułem na harpaganie w Redzikowie, to już powiedziałem, że ostatni raz. No i każdy myślał, że za kilka dni będę szukał kolejnej imprezy, żeby się zapisać, ale Mariuszek słowa dotrzymał i już od tamtego czasu nie wystartowałem na żadnej imprezie o imieniu harpagan. Za to mogę się cieszyć tym, że są dużo fajniejsze imprezy od harpagana i będę tam startował.

    OdpowiedzUsuń
  2. Cześć, fajna relacja. Gratulacje za walkę mimo choroby. Proponuję założyć wątek na forum Harpagana. Mam podobne odczucia co do organizacji. Startuję z przerwami od 10 lat, teraz przy imprezie trzyma mnie głównie sentyment, bo organizacja na tle innych zawodów - słabiutko. W zasadzie jedynie minimum tego co powinno być. Impreza stoi w miejscu. Pozdr.

    OdpowiedzUsuń
  3. Włączę się do dyskusji, bo mnie szlag trafił po przeczytaniu tej relacji. Kto siedzi w temacie, ten domyśli się, o co chodzi, a kto nie, niech się dowiaduje sam albo i lepiej nie dowiaduje. Bo po co sobie ręce babrać w gnojówce aż po ramiona. Zmyć ślady łatwo, ale smród zostaje na długo.
    Wiem Szogun, że całym sercem wspierasz "Dulszczyznę" i ideę prania własnych brudów we własnym domu. Ja nie i może i to nas poróżniło. Chyba. Między innymi. Bo kiedyś byliśmy przyjaciółmi, a teraz jesteśmy najgorszymi wrogami. Do tego stopnia, że w bazie zawodów udajesz, że mnie nie widzisz, na moje "cześć" nie odpowiadasz. Jak Cię mijam na trasie, też na "cześć" nie odpowiadasz, a kiedyś to wypisywałeś, zresztą nie tak wcale dawno, jaki to ze mnie mistrz nawigacji, przyjaciel, super kumpel, w porzo gość i inne podobne bzdety, bo nigdy za mistrza nawigacji się nie uważałem, a też i podobnie uważam, że po śmierci do nieba nie trafię za liczne grzechy i grzeszki swe.
    Na biegu w Gdyni rękę mi jeszcze podałeś, to znaczy na powitanie podałeś mi łokieć, a na pożegnanie podałeś rękę ale rękawiczki nie zdjąłeś, mówiąc, że zimno.
    Wal otwarcie, że mnie nienawidzisz, a nie, że się o tym pokątnie dowiaduję, czy muszę domyślać czytając między wierszami Twoje opinie.
    Dla mnie 11 miejsce na Harpaganie na pewno wielką porażką nie było. Miałem różne przeboje w życiu i śmiech mnie bierze na myśl, że miałbym uważać 11 miejsce na H za porażkę. Humor mi po zawodach dopisywał, kto ze mną rozmawiał, ten wie. Przestał mi dopisywać dopiero jak tę relację przeczytałem. I może jest to moja Wielka Osobista Porażka, bo jak to mi już Szogun napisałeś swego czasu ja sobie "wkręcam" pewne rzeczy i potem czuję się źle. Jest to moja osobista porażka, że jak to wynika z Twoje fachowej diagnozy lekarskiej, O Wspaniały Lekarzu Dusz Ludzkich, "wkręcam" sobie różne rzeczy. Zresztą podobnie jak i Ty wkręciłeś sobie niedyspozycję zdrowotną, żeby móc usprawiedliwić swój gorszy start na H 49. Jak widać jesteśmy podobni, poniekąd.
    Ja uważam Harpagan za świetnie zorganizowaną imprezę i wcale nie uważam, że wpisowe jest za wysokie. Szogun, Twoja pazerność na pieniądze jest powszechnie znana, ale ostatnio już stanowczo z tym przesadzasz. Pieniądze zarabia się po to, żeby je wydawać. Nie mogą być w życiu celem samym w sobie. Wolę iść na dobrą imprezę za 70 złotych niż na słabą za 10 zeta. Tak jak wolę sobie kupić Asicsy do biegania za 300 zeta niż biegać w plastikowych butach za 40 zeta kupionych na bazarze.
    Karol o wiele więcej zrobił dla InO na Pomorzu niż Ty, bo co do Ciebie jest rzeczą pewną jak amen w pacierzu, że kasa dla Ciebie jest zawsze na pierwszym miejscu. Kiedyś Karol bardzo wiele rzeczy robił społecznie i stworzył całe fundamenty InO na Pomorzu, a Ty co najwyżej kilka cegiełek dołożyłeś, przy okazji kradnąc trzy worki cementu, taczkę i betoniarkę.
    Inna rzecz – Karol dużo robi dla młodzieży za free, a Ty się z dzisiejszej młodzieży zawsze podśmiewałeś.
    Mi też się już nie chce pisać. Jesteśmy Szogun wrogami, chcę żeby to wszyscy wiedzieli, co Ty z tym zrobisz to Twoja sprawa, ja próbowałem konflikt łagodzić, ale może nie dość starannie czy wprawnie. I może za to do piekła trafię. Jak Ci zależy na załagodzeniu sporu to się odezwij, możemy pertraktować. Nawet najgorsi wrogowie mogą się dogadać. O tyle o ile.
    Na koniec pozwolę sobie na parę złośliwości. Twoje błędy ort. i inne w tekście.
    "z przed" - powinno być "sprzed", "na prawdę" - powinno być "naprawdę", "za pewne" - powinno być "zapewne". No i za dużo wykrzykników wstawiasz. Mógłbym ci walnąć na ten temat gadkę Hamleta z dramatu "Hamlet" jednego angielskiego dramaturga (którego pewnie nie znasz), ale nie chce mi się sięgać po tekst. I tak czytasz tylko fantasy, więc nie ogarniasz takich książek.
    Ale może teksty piosenek ogarniasz, bo wiem, że lubisz muzykę, chociaż nie wiem czy akurat tą. To Ci jeden tekst rzucę łaskawie.
    Poróżniła nas, za jej Poli Raksy twarz, każdy by się zabić dał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Bumelant - Krzysztof Nowak, tak?
      Twój komentarz nic nie wnosi.

      "Ale może teksty piosenek ogarniasz, bo wiem, że lubisz muzykę, chociaż nie wiem czy akurat tą."

      Nie jestem polonistą, ale...
      ...że lubisz (kogo?/co?) TĘ muzykę.

      inowiec 3

      Usuń
  4. Co do organizacji Harpagana "Punkt widzenia zmienia się od punktu siedzenia"

    Co do pakietów startowych:
    - Jeżeli będziesz startował na Harpagana który będzie miał sponsora tytularnego do dostaniesz pakiet gadżetów danej firmy. Z tego co kojarzę wiele biegów ma sponsora tytularnego.

    - Aby dostać mapkę z kilkoma kółkami namalowanymi na mapie to powiem że: Karol budowniczy tras przejeżdża ponad tysiąc kilometrów po lasach aby nakreślić tych kilka kółek. Następnie musi porozumieć się z wieloma leśnictwami, które często stwierdzają że nie można postawić tam punktu ponieważ... (więc trzeba przestawić całą koncepcję trasy). O mały włos impreza nie padła ponieważ Prezydent Broniewski miał sadzić kilka drzewek w Borzechowie.

    - co do kilku kółek: trzeba tam dowieźć punktowych. Każdy z pięciu pojazdów który dowozi punktowych przejeżdża około 600 km.

    - na punktach stoi młodzież, często po 12 godzin. Dla każdego z nich trzeba przygotować pakiet ten czas.

    - Wiele punktów jest atrakcyjnych. Karol jest mistrzem w stawianiu czerwonych kółek na mapie. Wiem że jednym z warunków postawieni czerwonego kółka jest właściwe nasłonecznienia miejsca aby punktowi nie stali w ciemnym, ponurym lesie. Szacun panie Karol.

    - Imprezę organizuje ponad 130 wolontariuszy.

    Forest


    OdpowiedzUsuń
  5. :))) wystarczy spojrzeć na mapy z poprzednich edycji Harpagana aby zorientować się ile wysiłku włożył budowniczy w stworzenie trasy. Mapy dostępne są w archiwum harpagana na stronie. Większość punktów tegorocznej imprezy była w podobnych miejscach jak poprzednio. Pewne jest to, że jak ktoś pisze, że budowniczy zrobił ponad 1000 km, to powinien się zastanowić czy faktycznie tak było. Co do ilości wolontariuszy to zgadzam się, że jest ich dużo, ale głównie na PK, a wiąże się to z tym, że organizatorzy boją się utraty cennych stacji sport ident. Skoro jest system elektroniczny i tak wysoka opłata startowa to po co na punktach potrzebni są ludzie, równie dobrze tego systemu mogłoby nie być. Jak czytam takie bzdury o właściwym nasłonecznieniu punktów kontrolnych to zastanawiam się czy w ogóle piszący wie o czym za przeproszeniem pieprzy, można się tylko uśmiechnąć, bo to wejdzie do kanonu inowskich żartów.

    inowiec

    OdpowiedzUsuń
  6. Oczywiście punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Mój punkt widzenia to patrzenie na całość z perspektywy uczestnika, czyli osoby ważnej bo właśnie dla uczestników ten rajd istnieje. Zdaję sobie sprawę, że w całość wkładana jest praca ale uważam, że po niemal 25 latach sporo rzeczy można, powinno wręcz(!) usprawnić i ulepszyć. A dostajemy minimum.

    Co do układania trasy to wydaje mi się, że kolejność powinna być raczej taka: Wstępne przygotowanie koncepcji tras - przekazanie tych koncepcji do leśnictw - wspólne ustalenie miejsc dogodnych na punkty, nanoszenie poprawek - akceptacja trasy. Jeśli wygląda to tak, że najpierw organizator robi te tysiąc kilometrów, a dopiero potem ustala z leśnictwem co i jak, to jest to robione w złej kolejności. Ale nie chce mi się wierzyć żeby po tylu latach organizacji rajdu działy się takie rzeczy.
    Poza tym może się mylę i było tak tylko raz ale pamiętam Harpagan w Czarnej Wodzie gdzie najkrótszy wariant przejścia trasy planowany był przez most... który w rzeczywistości nie istniał! Więc jak to jest z tym objeżdżaniem trasy?


    Zgadzam się całkowicie z opinią inowca. Jest sportIdent więc ci wolontariusze na co tam potrzebni?

    Nasłonecznienie rozłożyło mnie na łopatki, pierwszy raz o takich rzeczach słyszę. Co do atrakcyjnych punktów zgadzam się ale lasy, tereny pomorza są na tyle ładne że nie trudno znaleźć takie miejsca. Tym bardziej, że (tak jak napisał to inowiec) miejsca na punkty są bardzo podobne do tych sprzed lat.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawie każda organizowana impreza na orientację jest dogadywana z nadleśnictwami - co to za argument w ogóle. Różnica jest taka, że większość organizatorów nie traktuje InO jako miejsce na zarobek. Cała dobra organizacja imprezy opiera się na jak najlepszej jakości po jak najmniejszej dla uczestnika cenie. Jakoś większość imprez potrafi się zamknąć w 35zł na uczestnika. Ale po co, skoro można jeszcze dobrze zarobić?

      Harpagan z założenia lubi robić wokół siebie szum, więc jako ta "wybitna impreza" powinna dopracować kwestie związane z tym "szumem". Bawi mnie sytuacja, że było 140 wolontariuszy, ale najwidoczniej nikt z nich nie potrafił obsłużyć komputera by podawać rodzinom i kibicom uczestników najświeższe informacje. Na stronie nadal nie ma zdjęć z uczestnikami, którzy wygrali poszczególne trasy.

      "Karol budowniczy tras przejeżdża ponad tysiąc kilometrów po lasach aby nakreślić tych kilka kółek"
      może od razu milion? Jak się ma ta argumentacja do wysokiego wpisowego? Ma się nam zrobić go żal czy jak? Jeżeli sprawia mu to problem to po co to robi?
      To normalne, że budowniczy jak chce przygotować dobrą trasę to spędza czas w lesie. Budowanie tak to właśnie wygląda.

      inowiec 2

      PS. Bumelant, dzięki że się z nami podzieliłeś historią kto kiedy podał ci łokieć a kiedy rękę - wnosi to dużo do dyskusji.

      Usuń
    2. Całkowicie zgadzam się z wypowiedzią powyżej. Jeżeli trasa tego wymaga to niech i robi tych kilometrów 2000. To nie jest zmartwienie uczestników.

      ~Szogun
      Tak czy inaczej- gratuluję wyniku. Relacja ciekawa- w końcu jakieś świeże spojrzenie na tę imprezę. Wytknięcie błędów czy niedociągnięć nigdy nie jest złe. Oczywiście jeśli poda się stosowne argumenty, co moim zdaniem zrobiłeś.

      ~Bumelant
      Niezależnie od czyjegoś charakteru czy usposobienia- wylewanie swoich żali i brudów na forum publicznym zawsze będzie wielkim nietaktem. Zawsze.
      Ponadto uważam, że aby kogoś pouczać należy być w danej dziedzinie co najmniej bardzo dobrym. Posyp zatem głowę popiołem chociażby za własne błędy interpunkcyjne,

      Usuń
  7. Konkrety. Mam porównanie do wielu biegów ultra, zgoda część z nich ma wyższe wpisowe. Mamy do dyspozycji punkty żywnościowe, zabezpieczenie w górach i takie tam. Biegi realizowane często w parkach narodowych. Organizacja tych imprez z roku na rok staje na coraz wyższym poziomie. Harpagan? Stoi w miejscu.

    -Koszulki, szkoda, że nie ma technicznych, fajnie pobiegać/pojezdzić w koszulce harpagana, zreszta to fajna promocja imprezy. Na ultra zazwyczaj w cenie.
    -Punkty: jaki jest koszt postawienia baniaków ze zwykłą wodą? Nie oczekuje na PK serów czy winogron. Nie oczekuję nawet banana. Wystarczy zwykła woda.
    -posiłek po. Tym razem było ciężko. Zjadłem kupkę makaronu po 100km popijając wodą. Za kilka h w oczekiwaniu na zakończenie umierałem z głodu. Sytuację uratowało tym razem koło gosdpodyń. Nie oczekuję restauracji.Ale ilości jedzenia powinny być wystarczające do tego aby każdy mógł najeść się do syta. Harapagan często organizowany jest w okolicach gdzie je da się zjeść na mieście. O pasta party nie marzę.
    - zdjęcia. Dramat. Jeden fotograf na całą imprezę. Na mecie nikogo.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ty Bumelant idz pocwicz z super sajanem poprawe plaskostopia a nie sie bawisz w pania z polskiego z zalem dupy.

    nie pozdrawiam :)

    Miecho

    OdpowiedzUsuń
  9. Pozwolę się wtrącić do dyskusji nie wchodząc zbytnio w relacje interpersonalne. Krótko i zwięźle, okiem uczestnika harpa, impreza została zorganizowana dobrze i z rozmachem. Kwestią dyskusyjną jest czy powinny być trasy TP25, harpuś i inne tego typu. Z jednej strony rzeczywiście wygląda to tak jakby organizatorzy poszli w kierunku dużej komery, z drugiej zaś być może będzie skutkować wzrostem zainteresowania imprezami InO wśród laików i nowicjuszy. Niektórzy z nich pewnie przy tym zostaną, a w przyszłości będą startować częściej. To również dobry sposób na propagowanie rajdów z kompasem także wśród najmłodszych (harpuś). Osobną kwestią jest cena całego tego przedsięwzięcia. Drogo i z roku na rok coraz drożej (na tle innych imprez tego typu, a także na tle imprez biegowych).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się w 100%!

      nowicjusz

      Usuń
    2. @ Szogun: Świetna relacja, bardzo trafna, chyba z każdej strony, przeczytałem ją z wielką przyjemnością, a i z większością wytkniętych organizatorom błędów się zgadzam. Harpagan stoi w miejscu. Jedyna "nowość" wprowadzona w ostatnich latach to trasy TP25 i harpuś, które całkowicie mijają się z tym, co stało u podstaw stworzenia tego rajdu. Już TP50 było dla mnie swego czasu zaskoczeniem, ale to, co dzieje się teraz, to już jest jakaś masakra. I jeszcze to zastrzeganie, że rzeczy zostawione na sali mogą zostać zwinięte i oddane do przechowalni. Żenada. Gdyby nie sentyment, to pewnie nie wracałbym na Harpagan, ale pewnie kiedyś i tu miarka się przebierze, jeśli nadal wszystko będzie wyglądać tak samo lub gorzej.

      @ Forest: Wpływ nasłonecznienia na ustawianie punktów kontrolnych jest wszystkim od dawna doskonale znany. Szkoda zatem, że organizatorzy Harpagana biorą tylko to pod uwagę, a pomijają inne czynniki stanowiące o mikroklimacie poszczególnych miejsc - średnią roczną temperaturę punktu rosy, częstość występowania opadów konwekcyjnych czy też względną wilgotność powietrza. Napisałbym jeszcze o tak oczywistych czynnikach w skali makro, jak przewidywana siła podmuchów wiatru czy rodzaj przewidywanego na dany dzień zachmurzenia (przecież wiadomo, że inaczej siedzi się na danym PK, gdy na niebie mamy same cirrostratusy, a inaczej, gdy nadciągnie jakiś cumulonimbus), ale to już są rzeczy szeroko rozpowszechnione i na pewno są brane pod uwagę nawet przy budowaniu tras pod Harpagan.

      @ Bumelant: Właściwie to moi poprzednicy napisali już wszystko. Ja dodam tylko tyle, że polecam wylewać swoje żale w kolejnych książkach. W ten sposób trafią one tylko i wyłącznie do tych, którzy chcą je czytać (bo tutaj jednak rzesza odbiorców może być zbyt duża i za bardzo zróżnicowana).

      Usuń
  10. W wielu punktach Szogun ma rację. Harpagan okazał się imprezą drogą, okraszoną na zakończenie makaronem z pomidorową papką.
    Nie wiem o co poszło, ale Bumelant zachował się nieładnie. Nie sposób to obronić.

    OdpowiedzUsuń

Prosimy o podpisywanie się pod komentarzami (imię, pseudonim, kontakt)

 
Copyright 2003-2013 STAR WORMS
Blogger Wordpress Gadgets