środa, 8 stycznia 2014

Brzydkie gówno - relacja z wypadu w bieszczady

Nie tak to miało wyglądać, oj nie
Wyjazd w Bieszczady planowaliśmy od dawna, w zasadzie to pierwszy raz taka propozycja padła kiedy to byliśmy w Karkonoszach rok temu. Jedźmy tam gdzie nas jeszcze nie było! Oczywiście takich miejsc gdzie nas nie było są tysiące, czeka na nas jeszcze kiedyś Australia z dzikimi kangurami, Himalaje, kotlina Kongo i słynne mickiewiczowskie stepy akermańskie. No ale mieliśmy tu na myśli nasze polskie góry, a Bieszczady jak dotąd były dla nas taką białą plamą na mapie. Trzeba było to zakolorować i postawić kropkę nad I. Pojechaliśmy i tak właśnie zrobiliśmy :) Tym razem pojechaliśmy w piątkę: Beata, SW4Gosia, Ania, Zid i ja. 

Ten tekst będzie relacją z naszego wypadu w Bieszczady. I normalnie to chyba już bym wam zaoszczędził cennego czasu i pominął wszystko co związane z dojazdem ALE NIE. Nie zrobię tego bo to trzeba napisać bo to jest komediodramat i tragikomedia jak u Sofoklesa choć bez trupów się tym razem obyło. Na szczęście bez trupów chociaż dużo do rękoczynów chyba nie brakowało. Dobra niech będzie, cały wpis nawet poświęcę na dojazd. 

Nasz komediodramat z dojazdem rozpoczął się zdecydowanie bardzo wesoło: bo bileciki na polskiego busa mielśmy zabukowane już dawno dawno temu, bo świąteczne humory dopisywały, bo przed nami super przygoda no i mamy siebie nawzajem! I czegóż nam więcej do szczęścia potrzeba. Z takim nastawieniem to nawet niemal 24 (słownie dwudziestoczterogodzinna) podróż nie miała prawa być dla nas straszna. Do Warszawy było spoko bo jechaliśmy sobie jak VIPy, zagrywając się w List Miłosny (taka nowa karcianka) i wsuwając paluszki, zajadając lody i popijając kawkę na przednich, skórzanych fotelach Polskiego Busa. Tak to można podróżować. 

Dobijamy naszą limuzyną do stolycy i mamy godzinę na przesiadkę. Tutaj komedia przeradza się w dramat, niczym jeden strzał odbiera życie, a jedno cięcie noża kroi ser na plasterki. Godzinę na przesiadkę. 60min. Siedzimy na Młocinach. Czekamy, obserwujemy żuli, oni nas. Ania czyta książkę. Nudy jak smok. Czas leci no i wreszcie do odjazdu pozostaje już tylko 10minut. 

I wtedy Zidek nam mówi "wiecie co? My stoimy na złym przystanku. Bus ma jechać z trzynastki a tu nawet tyle peronów nie ma" Poczułem się jakby ktoś przywalił mi jakimś wielkim młotkiem prosto w czoło. Jakaś taka próżnia w mózgu i echo dudniące w tej pustce "to nie tu to nie tu to nie tu" Jakby.. no jakby w kiblu papieru zabrakło. COŚ TU SIĘ STAŁO POTWORNIE NIE TAK.

Próbujemy ratować sytuację. Metro odjechało. Ale co z tego? Skoro na przejazd do naszego przystanku potrzebowaliśmy jakieś 30min które my sobie od tak przesiedzieliśmy jak takie kołki. Sytuacja taka: godzina 24, my stoimy z plecakami pod pałacem kultury i za diabła nie wiemy jakim cudem tu sterczymy teraz. Sytuacja jaka? PATOWA. Tak się takie coś określa. Nasz busik sobie jedzie het het, a my stoimy pod pałacem kultury, środek nocy, bieszczady są jeszcze dalej niż były godzinę temu. A jakiś natarczywy żul z uporem maniaka napastuje nas pytaniami czy to metro na pewno jedzie w dobrą stronę. Widocznie o jedną linię za dużo tam jest.

No dobra, otrząsnęliśmy się mimo wszystko w trymiga. Było minęło. Na Zidka lecą wrzuty i wyrzuty, trochę ma przesrane ale jak się nie pilnuje biletów to jakoś trudno wykrzesać z siebie choćby zalążki litości. Ania nawiązuje połączenie z centralą. Dzwoni do taty, on ogarnia dobrze (Ania przy okazji nie omieszka też wrzucić zidkowi napominając o tym w rozmowie z ojcem, no i ten dialog mimo wszystko uratował wieczór (przynajmniej dla mnie) ). Centrala ma już opracowany dla nas plan. Nasz plan się rypnął ale jakoś trzeba tyłki ratować. Jedziemy na dworzec wschodni, nieplanowane zakupy biletów PKP wysuszają nasze portfely z zaskórniaków. Z poślizgiem, no ale jedziemy.

Smród cebuli unosi się w pociągu. Próbujemy spać ale prześmiardujemy od tej cebuli. I trześie i gniecie. Gniecie i trzęsie. Piksi Diksi. Piksi Diksi. Piksi Diksi. Dobrze, że z nas takie luzaki ziomale i taką mocną psychę mamy jak ze stali bo inaczej byśmy tam chyba padli jak kaczki. Bo takie są uroki polskich kolei. Dojeżdżamy do stalowej Woli. Dworca jako takiego nie ma ale jest jakaś ciupa gdzie słońce nigdy nie zagląda, a szczury omijają ten przytułek szerokim łukiem. My tam przez godzinę chronimy się przed wiatrem, podpierając obdrapane starymi farbami ściany nad którymi unoszą się pajęczyny jeszcze z epoki prekambryjskiej. To taka umieralnia w radzieckim stylu ale po godzinie wreszcie wyjeżdżamy. Do Sanoka.

Sanok to kolejna na naszej drodze betonowa otchłań w kolorze szarugi i popiołu. Jedyne co tam było kolorowe to sklepowe reklamy: Monopol, Odzież młodzieżowa włoska, RTV AGD Pralki i TV. Eldorado to to raczej nie jest, przypuszczam że ten któremu udało się stąd wyrwać wygrał życie. Szare miraże, nawet i tęcza jest tu pewnie siwa jak koński ogon, a ludziom zakazano się uśmiechać. Dworzec to po raz kolejny kwintesencja tego co najbardziej odpychające i zasyfiałe. Nadjeżdża nasz autobus - nim mamy już jechać bezpośrednio na koniec świata - do miejscowości Wetlina, w samym sercu Bieszczad. Autobus rusza, przejeżdża obok nas, Gosia bez krzty ogłady cedzi z wyrzutem "pppppppp i jeszcze to brzydkie gówno" BRZYDKIE GÓWNO. haha.

Z brzydkiego gówna nie mogliśmy już do końca naszego wyjazdu. W ten dzień byliśmy przekonani że te słowa staną się mottem przewodnim tego wyjazdu bo taki się gnój porobił, wszelkie plany wzięły w łeb, wyjazd jak na razie opierał się na rzężeniu w PKP i busach. Tak minął ostatni dzień świąt. No i z kasiorą byliśmy w plecy i to sporo. Nie mówiąc już o tym, że straciliśmy jeden dzień w górach na rzecz tych dojazdów... A jedyne co jak dotąd obejrzeliśmy to Stalowa Wola Dworzec Umieralnia oraz Sanok Boże Chroń nas od niego. 

Brzydkie gówno dowiozło nas w końcu do Wetliny. Bieszczady Welcome to! Dotarliśmy. A nasza bieszczadzka przygoda od tej chwili już tylko rozkręcała się na lepsze :) 

Niby też szaro, czarno, surowo i mroczno. Ale jak przy
tym pociągająco! To na nas czekało :)
CDN...

3 komentarze :

  1. No, no, ale w Sanoku jest muzeum Beksińskiego...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nawet jakieś plakaty były czy coś takiego. To już wiadomo po czym takie sny :)

      Usuń
  2. No tak :D Jak coś jest za bardzo zaplanowane to z reguły nie wychodzi :p

    OdpowiedzUsuń

Prosimy o podpisywanie się pod komentarzami (imię, pseudonim, kontakt)

 
Copyright 2003-2013 STAR WORMS
Blogger Wordpress Gadgets