poniedziałek, 29 lipca 2013

This is Balkans! Bałkańskie przygody wormsaków część pierwsza

O się coś zatrzymało tutaj. Z naklejkami takie.
Zacznę od wstępu. Gdybym miał pisać taką normalną tradycyjną relację jak to zawsze robiliśmy to:

  1. Nie wiem czy ktoś dał rade dobrnąć by do końca
  2. Nie wiem czy ja sam dałbym radę dociągnąć to do końca (a chyba żadnej eurotripowej relacji nie zrobiłem do końca, upsss..)
Dlatego z uwagi na to, że bardzo szanuję zarówno swój bezcenny (znam takiego co to zamiast bezcenny mówi bezwartościowy, wieprze przed perły po prostu!) czas, jak i czas wszystkich czytelników tego bloga to też postanowiłem że tym razem relacja będzie inna. Mianowicie opowiemy tutaj o tych faktycznie najciekawszych, najfajniejszych historiach i przygodach które nas spotkały bez tego całego narratorskiego opowiadania "w dniu pierwszym łapaliśmy stopa tam godzinkę, potem chodziliśmy tam i on powiedział że to ten, a ja że no no i potem rozbiliśmy namiot tam po czym się nie wyspaliśmy za bardzo" 


Dlatego żeby było maksymalnie jak najbardziej interesująco dla wszystkich ciekawskich naszych przygód będziemy tu wypunktowywać co fajowsze epizody podróży. Tak czasem ni z gruchy ni z pietruchy jak bomba szczelił, nie pokolei. Czyli tak jak my to lubimy, żywiołowo - tak jakbym spotkał was na ulicy, i z miejsca zaczął opowiadać cały czas jeszcze targany tymi wszystkimi emocjami. Raz o tym, a potem o tym, a potem znowu wracam do tamtego bo to było takie super itd itd. 

Dobra to po krótkim wstępie damy tutaj kilka takich "opowieści podróżniczych z cyklu wormsy w kociołku bałkańskim w sosie własnym, zakrapianym wariacjami" JEDZIEMY.


No ci to mają czysto jak picuś glancuś:)

  • Tak ogólnie jak jeździmy stopem to zawsze staramy się jak najmniej nabrudzić. No nic w tym dziwnego, słoma nam z butów nie wychodzi i kulturka musi być. Ale w takiej podróży to jak się śpi w polach, w krzakach i innych dziurach gdzie normalny człowiek by stopy nie postawił to... to wtedy ta słoma często z buciorów wystaję. No i pewnego poranka zbudziliśmy się dosłownie otoczeni przez mrówy. Nie były wielkie ale za to były ich tysiące, taka mini armia. No to błyskawicznie zwinęliśmy namiot i spadaliśmy stamtąd w podskokach. Ale mróweczki to są spryciarze i nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy ile to tych małych 10 nogów (czy ile one tam mają?) się skitrało w naszych plecakach. Najwięcej to w naszych menażkach, których nie umyliśmy a wieczorem jedliśmy tam słodkie kiśle:) Uciekliśmy na ulicę i łapiemy stopa. Dość szybko zatrzymał nam się sympatyczny Niemiec jadący kombiakiem. Wóz miał tak zawalony że aż się drzwi nie domykały, a przez okna wystawały jego graty. Ale gość był o tyle dobroduszny, że nie mógł nam pozwolić na to żebysmy prażyli się w tym Słońcu. Przez 15min przepakowywał samochód na wszystkie sposoby, upychał wszystko tylko po to żebyśmy jakoś się zmieścili. Udało się. Jechaliśmy ściśnięci jak śledzie ale jechaliśmy!
  • Sciśnięty jak śledź Dżeki. Ale jedzie!
  • A wraz z nami cały rój mrówek. I słuchajcie jechaliśmy z nim 200km i przez całą trasę cała nasza trójka non stop zabijała te mrówy. Najpierw było ich nie wiele, coś nas zaczęło swędzieć. Potem wlazły na szyby. Za chwilę pojawiły się na kokpicie. Nie minęło dużo czasu aż kombi przerodził się w autobus dla mrówek. Co ciekawe, cała nasza trójka udawała że tych mrówek nie ma, tak jakbyśmy chcieli to zataić, że wiecie "co mrówki? ale gdzie?" I wszyscy po kryjomu je zgniataliśmy paluchami. Nam było głupio, ale jemu chyba też bo może myślał że to jego mrówki?
  • Oprócz tego kilka razy standardowo rozsypaliśmy trochę ciastek, okruchów i tym podobnych fast foodów :)
  • Jezioro Bled no i buła.
  • Raz pełno siana zostawiliśmy w samochodzie i bagażniku. A gościu miał tak ekskluzywną furę i sam był taki wygalantowany jak Don Korleone. A my tu z sianem na te jego wypolerowane, pachniące skóry. Koleś był jednak bardzo, bardzo miły i sympatyczny i skwitował to po prostu "Nic nie szkodzi, przyjemność jest po mojej stronie" W sumie to nie zdziwiło nas to, był to Czech, to są zawsze luzaki! AHOJ!
    Tą beemką to się naśmigaliśmy!
  • I tak najbardziej to ja zaszalałem. No bo zalałem trochę jednemu gościowi tira. Jechaliśmy sobie z takim bośniakiem, super klimacik był. Puścił bałkańską muzę na całą parę, śpiewaliśmy z nim piosenki. Zrobiło się mega bałkańsko. No i sobie siedzę na fotelu pasażera, a w nogach był wielki baniak z wodą. Było wesoło, a my byliśmy spaleni od Słońca. Nagle czuje przyjemny chłód w stopach. Myślę sobie "aaaachhhh gościu puścił klimę na nogi, achhh jak dobrze!" No i jedziemy dalej. Przyjemny chłód w stopach, było super. Aż tu po jakiejś chwili podnoszę nogę i skumałem się że po kostki moje stopy zanurzone są w wodzie z tego baniaka. I krzyczę do gościa "ej masz tu mokro, wylewa ci się!" On na to "co? co? a woda, mokro?!" Zatrzymał się na autostradzie. Otwiera drzwi a tam pełno wody się z kabiny wylewa. Oczywiście to się przypadkiem z tego baniaka nie wydostało, odkręciłem jakoś nogą taki kranik. Ale gość był spoko i nic na to nie powiedział nawet :)
  • Co do wody to trzy razy spotkał nas deszcz. Na samym początku gdy wyjeżdżaliśmy i niestety musieliśmy do Wrocka jechać pociągiem bo cały piątek lało i lało, a pogoda była jak w październiku. Już od samego początku mieliśmy pod górkę. Lało też cały dzień kiedy trafiliśmy do Słoweńskiej górskiej miejscowości Bled, dupa blada można rzecz. Szybko się stamtąd zmywaliśmy w strugach deszczu łapiąc szybkie stopy. (na szczęście wzięli z drogi te zmokłe kurczaki czyli nas). No i raz padało jak łapaliśmy prawie 4h stopa na stacji pod Monachium. Ale tam tego deszczu nawaliło. W końcu uciekaliśmy żeby się gdzieś skryć i woła nas taki polak z paki busa "wskakujcie szybko!" To był taki miły drobny akcent! Że gość nas tak schronił przed deszczem:) takie małe coś a uśmiechy mieliśmy już do końca dnia.
Jak w słonecznym patrolu!
  • Poza tymi deszczowymi chwilami to Słońce niemiłosiernie grzało nam czachy i wypalało skórę. Zamiast bałkańska ziemia będziemy chyba mówić bałkańska patelnia. To Słońce tam jest jakieś inne, tak pali że dosłownie czujesz że w środku usychasz i cały płoniesz. I weź tu człowieku łap stopa w takich warunkach. A nie raz, nie dwa staliśmy dość długo. W Chorwacji to zwykle trochę trzeba było poczekać. No nie było najgorzej może, ale szału też nie było. Czasem szast prast i już złapaliśmy okazję. A innym razem to trzeba było zażywać godzinnej kąpieli słonecznej żeby ktoś w końcu się zlitował. I zabrał nas caaaaałe 10 km dalej.... No ciężko ze stopem dość było tam.
  • Ale nie tylko nam było ciężko. Spotkaliśmy tam wielu hitchhikerów. Najwięcej oczywiście z Polski, choć tacy jedni to wyglądali jak albańscy uchodźcy. Tacy spaleni byli na Słońcu. No ale nie o nich tu. Na jednej z przybrzeżnych dróg Chorwacji spotkaliśmy pewnego kolesia w kapeluszu. Łapał stopa. Poszliśmy zagadać i wypytać czy nie wie czy tu jakiegoś sklepu nie ma w pobliżu bo się zapasy skończyły. A on nie zczaił że my też hitchhikerzy i mówi tak "że tu sklepu nie ma, dalej jest w tamtą stronę. Jak go weźmiemy ze sobą to nam wskaże drogę" bo myślał że my tu samochodem przyjechaliśmy :) Taki interesowny cwaniak!
  • Ale gość okazał się super wporzo. Ze Słowenii był. Dał nam jeść i jogurt nam dał, dobry taki ale już ciepły. No i gadka szmatka. Stoi tu już trzy godziny. Nie idzie mu. No to przyszedł do nas i łapiemy stopa razem bo już mu się znudziło, a tak to sobie pogadamy chociaż. Po chwili zatrzymuje się samochód. Wychodzi z niego taka chudzinka, różowe spodenki, japoneczki, opalony łanie śniady chłopiec, grzywka zmysłowo przylizana. I tak stanął, wypiął tyłek, nóżka do przodu, machnął rączką i mówi takim zniewieściałym głosikiem że jadą tu i tu. haha no to zatrzymał nam się taki mocno przerysowany gej! Drugi siedział za kierownicą. Po chwili był już zazdrosny i wołał tamtego "ojj no chodź już" ale ten różowy mocno się zmartwił ale niestety, jazda z nimi nie pasowała nam bo jechali tylko 2km i gdzieś tam indziej. Z żalem pokiwaliśmy tym sympatycznym gejom no bo szkoda nam było, takiego fajnego stopa byśmy zaliczyli! A ten słoweniec jak odjechali taką oto refleksją zarzucił na temat łapania stopa w Chorwacji: "FUCK. Stoję tu od trzech godzin i jedyny samochód który mi się zatrzymał to dwóch pedałków, jadących dwa kilometry w złą stronę" hahaha. Uwierzcie, nie było tam lekko z łapaniem stopa!

Dalsza część nastąpi. To be continued już na dniach!

2 komentarze :

  1. Można rzec intro przygód. Na początek już takie przeboje. Spoko luz.

    OdpowiedzUsuń

Prosimy o podpisywanie się pod komentarzami (imię, pseudonim, kontakt)

 
Copyright 2003-2013 STAR WORMS
Blogger Wordpress Gadgets