niedziela, 7 czerwca 2015

Kaszuby rowerem


Polska to taki kraj gdzie chyba najwięcej w europie jest tak zwanych długich weekendów. Wiadomo, że nie wszyscy tutaj mogą sobie pozwolić na przedłużony weekend, a z drugiej strony są takie osobniki jak ja, że taki przedłużony weekend to mogą sobie robić non stop. No ale tak sobie jakoś stwierdziłem, że podczas tego właśnie długiego weekendu fajnie byłoby zrobić sobie gdzieś jakiś mały wypad. Nie daleko bo niestety nie mam teraz czasu na jakieś długie wojaże no ale gdzieś by się chciało wyskoczyć i znowu być w drodze. Tak sobie myślałem gdzie by tu jechać i jak to zrobić i konkretów nie było widać.


Aż tu wreszcie nadszedł dzień Bożego ciała gdzie dziewczęta prószą kwiatki i jakoś tak pod wieczór wpadła mi myśl - a może by tak rowerem wyskoczyć na Kaszuby? Czemu nie, przecież rowerem nigdy żadnej wyprawy sobie nie zrobiłem, a sprzęcior jest. Nigdy też jakoś Kaszub za bardzo nie pozwiedzałem, niby rzut beretem a jakoś zawsze mi tam daleko było i nie po drodze. To kurde czemu nie połączyć jednego z drugim i nie ruszyć w tą szwajcarię kaszubską, ktoś to tak ładnie nazwał i nie bez powodu przecież. 


Akurat fajnie się trafiło przed wyjazdem bo wpadli do nas Arek z Anią i małym Grześko (to jest mały ale już duży bobas, w zasadzie to już kawał chłopa) i przy okazji Arczysław wziął w obroty nasze rowery i zrobił im serwis generalny. Wpadł też Pablito ze swoją nową kolarzówo-bryką, prawdziwa czarna pantera z tego roweru. No i Pablito tak się swoim rowerem rozpędził, że zajechał z Gdyni aż do naszej Bytoni! To w zasadzie był też dla mnie dobry impuls żeby wreszcie ruszyć gdzieś tyłek.

Słońce powoli opadało ku horyzontowi i robił się przyjemny podwieczorek kiedy to ruszyłem w drogę. Była godzina 18 a przede mną długa droga. Wyjazd mogę określić jako pół spontaniczny. Bo niby planowałem coś zrobić ale ostateczna decyzja padła tego samego dnia, w którym wyruszyłem. Nie brałem więc ze sobą wiele i w dwie sakwy zapakowałem namiot, śpiwór, spodnie i koszulę bo noce nadal są chłodne, mapkę województwa pomorskiego (bo innej nie miałem), aparat który pożyczyła mi moja Beata (bo zamierzałem dużo fajnych fotek zrobić) no i co tam jeszcze. Szczoteczkę do zębów, wiadomo. I tyle w zasadzie. Nawet jedzenia nie brałem. Zresztą co tu dużo brać skoro jechałem tam na 2,3 dni. 

Pierwszego dnia przejeżdżam 58km. Jadę sobie przez większość drogi lasami i leśnymi szutrami bo tak ładniej. Wjeżdżam do sklepu, jakiś był otwarty. Kupuję sobie kiełby na ognicho no i coś do picia. Gadam ze sklepowym, że super pogoda na ognicho, w końcu ciepło. Pijaczki przy sklepie siedzą nawet w Boże ciało, cały boży dzień, dzień w dzień jak codzień. Przyglądają mi się z zaciekawieniem i jadę dalej. 

Jeszcze przed 21 byłem na terenie Kaszubskiego Parku Krajobrazowego. Czyli tam gdzie chciałem. To teraz chyba pora szukać miejscówki na nocleg. Dojechałem do miejscowości Krzeszna (x lat temu jak byłem małym knapem to byłem tam na biwaku klasowym, nawet fajnie to wspominam) i postanowiłem rozbić gdzieś w okolicy namiot. Zajechałem na górkę do lasu, tuż za żytem które pachniało latem. Bardzo miłe miejsce, fajny widok bo była góreczka więc niezła panoramka ukazała się moim oczom. Rozbiłem swój przenośny domek, teraz pora na ognisko. Okazało się, że w pudełku od zapałek są tylko cztery zapałki (to się zaskoczyłem) ale na szczęście wystarczyła mi jedna do rozpalenia ognia. Zresztą, tak sucho jest że ognicho to trochę ryzyko no ale ja to jednak mam to wyczucie do ognia, nie ma co. Posiedziałem tak sobie przy tym ognichu, smażyłem kiełbaski i oczywiście jedna mi spadła. Tak sobie myślałem, że chyba nie ma takich ognisk żeby komuś kiełbaska nie spadła, nawet jak sam przy tym ogniu siedzisz. Na kaszubach słychać było śpiewy z domostw, nawet jakieś flety i bębenki, ktoś tam się dobrze bawił. Ja kładłem się do snu. 

Wstałem już o 5:30 bo szkoda było mi dnia na spanie. Przestraszyłem się, że nie ma słońca, zazwyczaj śpiąc w namiocie budzi cię słońce. Wtedy zjarzyłem się, że namiot mam w lesie to słońce tu nie doszło. Wschodziło jednak powoli nad wzgórzami i jeziorami, poranne złote słońce nie zdążyło jeszcze wysuszyć rosy z traw. Nad jeziorami unosiła się lekka błękitna mgła. Widok wspaniały, wiedziałem że znalazłem się w dobrym miejscu. Wziąłem głęboki oddech, przeciągnąłem gnaty z rana i wiedziałem że to będzie piękny dzień. 


Tak jak wcześniej wspomniałem, nigdy jakoś Kaszub nie zwiedzałem, dlatego wymyśliłem sobie teraz że chciałbym zjechać na rowerze cały ten kaszubski park (który najprawdopodobniej jest najciekawszą częścią tego regionu skoro zrobili tu park). To był jedyny mój taki plan. Nie znalazłem żadnych map ze szlakami, tzn były tam dwa czarny i czerwony. Czasami przez jakieś odcinki jeździłem właśnie tymi szlakami, były super. A no i tak luknąłem na moją mapę, że jest tu kilka rezerwatów przyrody, nie mogłem sobie tego odmówić i chciałem odwiedzić ich jak najwięcej. 

Z początku kręciłem się na południu. Z Krzesznej poleciałem na Pierszczewko, Brodnice potem Ostrzyce gdzie mieszkają RowerOwce. Następnie pojechałem na najwyższy szczyt pomorza czyli wieżycę. Super widoczki u góry. Gdzieś tam po drodze pobiłem mój rowerowy rekord prędkości, wiatr we włosach i łzy w oczach, tak zasuwałem. Wjechałem do Szymbarku ale nie chciało mi się oglądać tej deski i domku, jakoś mnie to nie ciekawi ani trochę. Pojechałem sobie znowu jakoś tam na okrętkę do Krzesznej, potem do rezerwatu Ostrzycki las. Przepiękny był, mówię wam, warto tam wjechać. Normalnie dzicz, wielkie góry, wielkie drzewa, a drogi to takie nooooo off roadowe haha. Właśnie jeśli chodzi o rezerwaty to są to miejsca niesamowite i ja je uwielbiam z tego powodu, że nie ma lub nie powinno być tam ingerencji człowieka. Kurde chyba za mało jest takich miejsc, zdecydowanie. Potem pojechałem do miejscowości Przewóz, następnie Sznurki (śmieszna nazwa, a po kaszubsku też śmiesznie bo Sznerczi). Wzdłuż drogi ciągnęło się wielkie jezioro rynnowe i byłem zachwycony. Zresztą co chwila stawałem rowerem bo takie widoki były. Piękne wzgórza lasy, małe domki, pola z których unosi się zapach świeżo skoszonej trawy. I te malutkie wioseczki mają niezwykły urok, jakby czas tam stanął w miejscu i ludziom było tam z tym na prawdę do twarzy. 



Tak więc jeździłem sobie po tej wesołej krainie. Prawdziwa Polska wieś, jak z obrazka. No i zapach tej trawy w powietrzu. Potem kierowałem się na północ - Chmielno, tam przejechałem przez taką jakby wyspę (z lotu ptaka to wygląda w ogóle imponująco), ruszyłem potem czewronym szlakiem do zamku w Łapalicach ale nie zabawiłem tam długo bo już kilkakrotnie odwiedzałem to zamczysko. Ciekawa sprawa, że ruiny niedokończonego zamku są tu atrakcją turystyczną, a wejście na teren zamczyska to taka dziura w płocie. Polska absurdalna. Dalej w planach miałem rezerwaty i kilka z nich zahaczyłem. Jeden z nich musiał być mega mroczny w nocy - Staniszewskie błota, normalnie cały las tam był w bagnach i wielkie świerki były tam tylko martwymi kikutami sterczącymi z podmokłych traw. Aż by tam się chciało być w nocy, musi mrozić krew w żyłach pod osłoną nocy. Dojechałem do Mirachowa, bardzo fajna wioseczka i ładne domki tam były. Odwiedziłem też Rzym. Niektóre nazwy jak wspomniałem są tam śmieszne no a wioseczki same w sobie urokliwe tak bardzo. Widoki cały czas mistrzowskie! Teraz wjechałem ponownie na czerwony szlak bo prowadził on do kilku rezerwatów. Wjechałem tam i krążyłem z rowerem jakieś 4 czy 5h. Żywej duszy nie spotkałem. Lasy dzikie i nieokiełznane. Woda w jeziorach jakaś inna. Po prostu dzicz w swej doskonałości. Cieszyłem się, że tam jestem. Najfajniejsze miejscówki tam to były rezerwat Lubogość oraz Szczelina Lechicka. Widok z tej szczeliny powalił mnie na kolana. Siedziałem tam jak wryty, że tak górskie widoki tu są! Drogi i góry były tam dla mnie wyzwaniem. Rower miałem opakowany i dość ciężki więc pod górki musiałem go podprowadzać. Jeszcze kilka razy wpakowałem się w błota i to takie na głębokość pół koła. Tam to się działy skecze, kilka razy myślałem że się tam nie wydostanę do śmierci bo tak grzązłem. Musiałem mocno naprężać muskuły żeby się tam wykaraskać. Wreszcie dojechałem jakoś do cywilizacji. Potem kierowałem się już tylko na południe. Najpierw w stronę Sierakowic, potem Miechucina skąd pochodzi nasz kumpel Richertos. Z tego Miechucina jak się jechało to też widoki niesamowite, No i dalej już na południe do Stężycy gdzie przy tamtejszym jeziorze rozbiłem namiot i znowu zrobiłem ognisko. Takie malutkie bo sucho było. 

Następnego dnia zaraz z rana ruszałem na MnO Wilcze Tropy. Wyjechałem z Parku Kaszubskiego i kierowałem się znów na Kociewie. Jestem bardzo zadowolony i cieszę się z tej mojej mini podróży. Przez niecałe trzy dni zrobiłem niemal 300km. W piątek zjechałem cały park i pokonałem na rowerze 140km, to fajny wynik  tym bardziej że przecież nigdzie się nie śpieszyłem i nie napierałem jak szalony. Kaszuby na prawdę mnie zauroczyły i sam nie wiem czemu dopiero teraz je odwiedziłem. Teraz na pewno będę robił to częściej, JOŁ
























2 komentarze :

  1. Jeszcze kapkę na północ i na herbatę zapraszam następnym razem:)

    OdpowiedzUsuń

Prosimy o podpisywanie się pod komentarzami (imię, pseudonim, kontakt)

 
Copyright 2003-2013 STAR WORMS
Blogger Wordpress Gadgets