wtorek, 11 czerwca 2013

Nad Wdą jest wszystko czego nam trzeba!


Puchar Borów Tucholskich rozrkęcił się na dobre. Czerwiec jest w tym roku najbardziej eksploatowanym miesiącem jeśli chodzi o kalendarz PBT i tak się składa, że drugą imprezą w tym kalendarzu był MnO Nad Wdą. Kiedyś ten marsz był taki nieokreślony. Najpierw nazywał się Jesień nad Wdą, potem było Lato nad Wdą. Kiedy wszyscy kierując się prawami logiki spodziewali się następnie Wiosny nad Wdą, Zimy nad Wdą no i może Przedwiośnia nad Wdą (chociaż wtedy to by mogło niektórych zrazić, np maturzystów czasem) to tu nagle organizatorzy przemianowali swoją imprezę na bliżej nieokreślone - Nad Wdą. Myślę że to ze względu na te nieprzewidywalne warunki atmosferyczne w naszym kraju, no cóż żyjemy w takiej właśnie nieobliczalnej strefie klimatycznej, że nie dziwny jest już zimowy grad czy letni śnieg. I weź tu człowieku bądź mądry. Robisz Lato nad Wdą, ludzie przyjeżdżają a tu klecha i plepa jak zimą. To teraz jest Nad Wdą. Ale co nad Wdą? O! I oto jest właśnie pytanie, bardzo dobre skądinąd pytanie bo... Teraz jest to zagadka co też nad tą Wdą może być? A okazuje się że może być wszystko i dlatego warto tam być! W tym roku właśnie było warto!

No ale jak wstałem rano to byłem pewny iż to będzie Lato Nad Wdą :) Dobra. Wstałem i pojechałem po Gosię bo to ona towarzyszyła mi od samego słonecznego poranka. Tradycji stało się za dość, mieliśmy obsuwę już na samym starcie. To tylko dodaje skrzydeł szybszej jeździe to też ruszyliśmy z kopyta w stronę Czerska bo tam byliśmy umówieni. Po drodze wjazd na stacje i pouczenie od fachowcy tankowca "czemu lepiej najpierw gaz a potem paliwo" Jestem mądrzejszy, czuję się lepszym człowiekiem, dzięki za wskazówki. Pod LO czeka na nas Ewelina i lecimy w stronę Szlachty. Tam przy torach czeka na nas Aga, która jak udało nam się ustalić - mieszka w białym domu w Szlachcie. Czy to nie jest przesada? Aż tak wystawne życie??? Tak się bawi szlachta drodzy państwo, burżuazja i kurtuazja! 

Tu każde ziarenko piasku było gorące
Z poślizgiem dojeżdżamy. Gdyby nie Aga prawdę mówiąc, która była naszym gpsem. A tak to byśmy sobie pozwiedzali okolice w poszukiwaniu bazy no ale niech będzie chociaż raz inaczej. Przed oczyma naszymi ukazał się zielony jak kiwi znak drogowy z napisem białym jak miąższ z liczi napisem BRZEZINY. Oto nasze przeznaczenie, to nasz cel, tu jest nasze miejsce.. a miejsce na parking jakieś jest?

Ludzi było na prawdę dużo. A jeszcze więcej było ludzi. Nie wspominając już o ludziach, których było tu aż nadto. Tłok jak w silniku. Frekwencja dopisała i to jest powód do radości! Początek imprezy jak zwykle standardowy, gadu gadu z ludźmi, kilka przemówień, wyjątkowo i niespodziewanie opryski na kleszcze. Tyle się tego nawdychałem, że opcje były dwie: albo wyjdę stamtąd żółto-zielony jak po kontakcie pierwszego stopnia ze skunksem, albo zaliczę odlot. Ale widocznie mam łeb twardy jak Ozzy Osbourne czy tez inna marmurowa płyta i nawet nie drgnąłem. Dbałość o zdrowie uczestników godna pochwały.

Tyle lat na marszach a to ciągle cieszy!
Ruszyliśmy na trasę turystyczną. Dlaczego? Bo z turystycznym nastawieniem się tu stawiliśmy. Wiecie, słoneczko, ekipa, jedzonko, plecaki (ja nie miałem bo nie mam), natura, wiosenny wiatr prosto ze zbóż i kilometry w nogach. Fajnie. Tylko czemu nam się do naszej pięknej idei dowaliły muchy? 

Szliśmy sobie pięknie. Słońce niemiłosiernie dawało nam w palnik, chciało z nas zrobić jajka na miękko. Ale my nie z takich i ochoczo kroczyliśmy przed siebie. Początek wydłużony, dłuuuuuuuugą drogą między zbożami, owsem, żytem prosem i sorgiem. Typowy polski krajobraz, jakże piękny, wzdycham do niego czule przez całą wiosnę. Na prawdę mi to imponuje. Potem wpadamy do lasu. Tu już na wejście zmyłka, włazimy w krowie stado (dobrze że nie łajno ale trudno o to nie było). Krowy kierują w naszą stronę srogie spojrzenia. Otaczamy je i mamy pierwszą przygodę za nami. Niebywałe. Potem Ewelina mówi pass i musimy się przeszeregować. Ustalamy że spotkamy się gdzies po drodze, przy jednym z punktów. Resztę trasy spacerujemy z Gosią. Słońce wżera się w nasza skórę paląc nas jak laser i czuję się jak jakiś niedźwiedź futrzany. Taka gorączka. Wokół nas rój much niczym pierścienie saturna oplata nasze czaszki. Czy jestem władcą much? Czy po prostu śmierdzę? Czy te nędzne muchy nie mają nic innego do roboty?! 

Bum. Cyk cyk!
Z trudem walczymy z tymi owadami. Gdzie są teraz te wszystkie pajęcze sieci w które to zawsze wpadamy? PYTAM SIĘ! Ciężko jest wyznaczyć północ kiedy muchy lgną do ciebie jak kobiety do Roberta Planta. Ale jakoś tam idziemy. Coś odpuszczamy bo przecież jeszcze chcemy na kajaki zdążyć. Trasa jest fajna. Malownicza. Jest upalnie. Trochę daje w kość. Idziemy. Las jest suchy jak kartka i może też kiedyś kartką się stanie. Ogień dosłownie wisi w powietrzu, a my nie oddychamy tylko ziejemy ogniem. Ale ciepło. 

Wreszcie spotykamy się z dziewczynami i razem kroczymy na metę. Na sam koniec Gosia tak wyrżnęła głową w poręcz od mostu, że myślałem że wyrośnie jej róg jak u jednorożca. Albo taki wielki róg co to na nim wikingowie trąbili albo ktoś tam. Aż most się trzęsie, a wstrząs był wyczuwany nawet na wyspie Kioto i w pobliskim Łążku. Dochodzimy do mety. Tam przepyszne bułki z serem tylko czekają aż wyciągniemy po nie ręce. A my nie zawodzimy i bierzemy po dwie czy trzy bo takie smaczne. Zaczyna padać, taka jakaś jakby burza. Przeczekujemy, jedziemy na kajaki.

Sweet home Alabama. Grzybek 1UP
Trafiamy niemal idealnie. Jezioro jest ogromne, dosłownie Mamry 2 albo Jezioro Marzeń jak to kiedyś był taki film. Wjeżdżamy na start. Tak. Już to wiem. To jest jezioro marzeń, a to jest przystań magii. Czuję się jak w bajce. Czy to jeszcze sen czy to sen na jawie? Inny wymiar? Jeszcze wehikuł czasu działa z wormsaka? Miejsce jest dla mnie magiczne i daje sobie z tym wszystkim rady, chyba cały eksploduję z zachwytu nad pięknem stworzenia tego bytu. Ale najpierw jeszcze kajaki. 

Słoneczko świeci. Jest idealnie. To są te chwile kiedy jest idealnie. Wszystko układa się tak pięknie jak puzzle albo trakty w Carcassonne. Razem tworzy jedną wspaniałą całość, a my byliśmy jej małym elementem. To fantastyczne że tam się znaleźliśmy! Ta baza przebiła wszystko moim zdaniem! Bo nigdy nie byłem w takiej bazie gdzie najchętniej bym zamieszkał. A tutaj taka się trafiła. A jezioro. Nie podoba mi się jego nazwa - Żur brzmi jakoś tak karygodnie, brutalnie, chłopsko i za dużo w tym skojarzeń z zupą. Ja bym to nazwał jezioro marzeń, Spejsi byłby dumny.

podbijanie PK
Pływanie tam to sama przyjemność. Delikatne fale bujają naszym kajakiem jak mama kiedyś kołyską i doceniasz ten moment. Nawet punktów już nie chce się za bardzo zbierać. Bo jest zbyt wspaniale żeby zawracać sobie czymkolwiek głowę. Ale na ziemię sprowadza nas jakiś pierwszy z brzegu (dosłownie pierwszy z brzegu) rybak amator że bożalsięboże i ma do nas pretensje "nie widaććć żę zarzucone niee e?" Koleś rzuć się sam do wody i nabierz wody do ust bo przeszkadzasz nam w zachwycie nad tym miejscem!

mapper za wiosłem
na celowniku
Opamiętujemy się i paczymy na mapę. Są punkty. Jest ich nawet dużo. Bierzemy je w kolejności absolutnie przypadkowej, zygzakowatej i kompletnie nielogicznej, nieprzemyślanej i chaotycznej. A bo tak sobie. Każde wyjście z kajaka to dreszczyk emocji, pomimo że z brzegu wody dużo przecież nie ma a my i tak jesteśmy mokrzy. Spoglądają na nas wszystkie małe żyjątka, które się tam znalazły i pewnie mają z tego ubaw. A potem włażą i wlatują na nas. A fuuuuu... Ale i tak najgorsza była ta żmija przy jednym z PK. Całe moje opalanie na Słońcu tego dnia poszło na marne bo w jednym momencie zbladłem jak trup. Ja się nie znam na żmijach i nie chcę znać ale jeśli to była Anakonda to mogło być już po mnie i kto inny pisał by ten tekst. Było blisko tragedii! Śmierć zuchwale spogląda ci w oczy, a wtedy już każdy twój krok jest bardziej przemyślany. (To tylko tak tutaj próbuję ukradkiem przemycić między wierszami w tym tekscie kilka mądrości życiowych). Z podniesionym ciśnieniem i pobladłą twarzą wchodzę do kajaku i wiosłujemy dalej. 

ałuhuhu yyyułu! Gosia wychodzi z kajaka.
Pomimo, że wcale się jakoś nie spinamy idzie nam bardzo fajnie. Załoga jest, wiosła są, wiatr w żagle dmie, a fala niesie. Czego chcieć więcej?

- no siadaj - no ale jak?
No właśnie. Czego chcieć więcej od tak wspaniałej imprezy jak Wszystko Czego Chcesz Jest Nad Wdą? Słowa usychały w gardle, kiedy mieliśmy się już żegnać z tym miejscem. Dlaczego nawet jak coś jest takie magiczne jak jezioro marzeń i ta przystań przy jeziorku to i tak w końcu musi się skończyć? Wtedy nie mogłem przyjąć żadnych ale do swojej świadomości tak mi się podobało na tej imprezie. Ale kiedy wracaliśmy już lanosem do domu razem z Olejem to już wiedziałem czemu coś się kończy. Po to żeby zaczęło się coś nowego, też super fajnego.

huśtawka nastrojów
Potem był powrót w starym, dobrym robaczym stylu. Pełna prędkość, brak ręcznego, pełen załadunek, w bagażniku kiszą się mokre od jeziora buty, karimata (nie wiem skąd? kurtkę Kosy którą woziłem od Darżluba wyjąłem przed Borowiackim, tylko jej tam brakowało), rozsypujące się paluszki, gazownik który gaśnie na zakrętach, śmiechy wariacje, zagubiony portfel, tematy ogólnoświatowe oraz energetyczna muza pełną parą, która jeszcze tylko prowokuje do dania w gaz. Olej przez jakiś czas zastanawiał się czy żona na pewno go weźmie w dalszą drogę (bo i tak jak zwykle byliśmy spóźnieni, ale my z tych co to dla nich czas nie gra roli). Zdziwiło nas to, że za pewnik przyjął to iż my w ogóle dojedziemy do Czerska. Ale po tym jak wydało się, że z tym niedziałającym ręcznym to nie blefujemy to chyba z lekka zwątpił. Wielkie pozdro dla super gościa Oleja za super powrót w pięknym stylu! Dla takiej jazdy robi się prawko!


Piękny letni dzień, super wariacje! Czego chcieć więcej ludzie? A że tam kogoś wypuścili na start nie tam gdzie trzeba? Przecież to tylko śmieszniej. 

Jezioro marzeń. Spejsi.










6 komentarzy :

  1. Tekst nudny, chaotyczny, mnóstwo błędów. Kolejność jakaś nieprzemyślana. Sporo literówek, a do tego jeszcze niektóre zdania niezrozumiałe.



    Żartowałem. Relacja jak zwykle wariacyjna jak smok :p
    Żałuję, że nie byłem :(

    OdpowiedzUsuń
  2. Uderz się w pierś i bądź. Jezioro marzeń tylko czeka.

    OdpowiedzUsuń
  3. :) Trafnie ujęte i dobrze ubrane w słowa - "jezioro marzeń". I, a jakże, było nawet więcej niż wesoło (ręcznego w Robaczym wehikule tajemnic nie zapomnę chyba do końca życia ;D Cóż za oryginalny pojazd!)
    A po powrocie do domu wróciłem do płyty "Blues for the red sun" :)))

    Oleum

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Yeah to jest muza. Weź jeszcze luknij na ISIS album "Panopticon" Chciałem ci wysłać ale jednak nie mam nigdzie twojego maila :)

      Usuń

Prosimy o podpisywanie się pod komentarzami (imię, pseudonim, kontakt)

 
Copyright 2003-2013 STAR WORMS
Blogger Wordpress Gadgets