Polska to taki kraj gdzie chyba najwięcej w europie jest tak zwanych długich weekendów. Wiadomo, że nie wszyscy tutaj mogą sobie pozwolić na przedłużony weekend, a z drugiej strony są takie osobniki jak ja, że taki przedłużony weekend to mogą sobie robić non stop. No ale tak sobie jakoś stwierdziłem, że podczas tego właśnie długiego weekendu fajnie byłoby zrobić sobie gdzieś jakiś mały wypad. Nie daleko bo niestety nie mam teraz czasu na jakieś długie wojaże no ale gdzieś by się chciało wyskoczyć i znowu być w drodze. Tak sobie myślałem gdzie by tu jechać i jak to zrobić i konkretów nie było widać.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rowery. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rowery. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 7 czerwca 2015
czwartek, 21 sierpnia 2014
Kupiłem rower!
![]() |
| Unoszę się w powietrzu kilka centów nad ziemią bo taka to prędkość mnie nosi yeee |
Tak jest, tak właśnie! Nie wiem czy ktoś z was tak ma, ale ja właśnie tak mam, że czasem coś mi uderzy do głowy. Jak taki złoty strzał, albo jak ta żarówka która nagle nie wiadomo skąd zapala się nad głową. Mam coś takiego i ostatnio ta żarówka mi się tak świeciła, że oślepiła mi wszystko co inne przed oczyma. Wpadła mi do głowy taka myśl, żeby kupić sobie rower. Wiele różnych myśli i pomysłów wpada mi w ciągu dnia ale większość tak szybko jak wpada również się ulatnia. Z tym rowerem to jednak było inaczej, po prostu na niego zachorowałem.
czwartek, 20 grudnia 2012
Polub rowerowce!
My co prawda na rowerach nie jeździmy bo tak się składa że nikt z nas nie posiada dwóch kółek (tzn. Gosia ma rower ale lepiej dygać pieszo chyba niż się nim męczyć). Ja kiedyś miałem z przyjęcin jeszcze ale mi zakosili... złodzieje jedne. Rowerów więc nie mamy co nie znaczy, że rowerów nie lubimy. A rowery lubimy tym bardziej gdy śmigają na nich fajni goście tacy jak choćby Rowerowce!
Chłopaków poznaliśmy jakiś czas temu na jednej z imprez na orientację. Tam akurat startowali pieszo no ale przyjechali oczywiście na rowerach.
Takich rowerowych wypadów mają na swoim koncie rzecz jasna dużo więcej. A jeszcze więcej planują w najbliższym czasie. A że lubimy pomagać ludziom którzy propagują inicjatywę, lubią wariację i przygody to też dziś zachęcamy was do polubienia ich facebookowej strony z sympatycznymi roweroOwcami.
Rowerowce na przyszły rok planują swoją największą wyprawę: rowerami w Bieszczady i z powrotem. To się nieźle namachają na tych rowerach. Wiadomo jak to jest z tego typu wyprawami, niestety chcąc nie chcąc potrzebna jest kasa i chłopaki będą poszukiwać sponsorów. A te lajki na ich fejsbukowej stronce mogą im w tym pomóc!
My robale oczywiście trzymamy kciuki za ten ich największy wypad jak i za każdy mniejszy wypad ekipy rowerowców! Niech się grupa rozwija i rozkwita!
poniedziałek, 31 stycznia 2011
Machu Picchu Cycle Expedition 2011
Ja cię kręcę! Tak jak kręcą się koła od rowerów tak ja sam kręcę się na samą myśl o wyprawie, która czeka czterech śmiałków w tegoroczne wakacje. Kojarzycie ekipę, która startuje w marszach PBT pod nazwą rodem z rubryki ogłoszeń w gazetach? Brzmi ona "szukamy naszych rowerów" Najwyraźniej wreszcie te rowery zostały odnalezione bo oto ci zapaleńcy dwóch kółek zamierzają przemierzyć na rowerach Peru. Kumacie? P-E-R-U!
To już jest inny kontynent. Tysiące kilometrów od nas. Dosłownie inny świat. Ameryka łacińska, Andy, Inkowie, kawa Inka, indianie, dzicz, dżungla, góry, całkowicie inna kultura. Słowem - kosmos. A to wszystko na rowerach. W cztery wakacyjne tygodnie. Ponad 2000km po peruwiańskich drogach i bezdrożach. Spanie w namiotach gdzie popadnie. Przebywanie z tubylcami. Wchłanianie tego klimatu. Poznawanie historii. Bycie w tym wszystkim. Inni może pukają się w czoło na myśl o tej wyprawie, my z kolei jesteśmy pełni podziwu i przecieramy oczy ze zdumienia. Albo jedną ręką przecieramy oczy, a drugą trzymamy kciuki (tzn) kciuk za powodzenie w tej wyprawie! Wormsy są z wami!
I nie tylko my bo wyprawę popierają tacy wielcy podróżnicy jak Jacek Pałkiewicz oraz Romuald Koperski. Oprócz tego w zaangażowani są różni partnerzy, wielu patronów medialnych, sponsorów. Taka wyprawa to jest wielka rzecz pod każdym względem. Również finansowym bowiem sam przelot do Peru kosztuje tyle, że przeciętny zjadacz chleba może popaść w depresję. Dlatego też uczestnicy wyprawy ciągle szukają sponsorów.
Więcej o całej wyprawie (najlepiej wszystkiego dowiadywać się od źródła) znajdziecie na oficjalnej stronce tego przedsięwzięcia www.peru2011.cba.pl
Powodzenia! Niech moc będzie z wami!
poniedziałek, 7 czerwca 2010
Do urn!
Zbliżają się wybory prezydenckie i pewnie coraz więcej będzie się teraz mówić o frekwencji wyborczej. Czy jak to się tam nazywa. Bla bla bla. No wiecie, że każdy głos jest ważny, każdy głos się liczy itp. Taka tam gadka szmatka, kiełbasa wyborcza, tere fere i jedna klika. I tak pewnie frekwencja będzie zabójczo niska, a w naszym kraju nadal będzie tak jak jest.
Tymczasem Wasze głosy są potrzebne STK Czersk! Tak, tak to nie pomyłka! Niecały rok temu członkowie tego zaprzyjaźnionego z nami klubu odbyli wycieczkę rowerową do Szkocji. Wycieczka zakończyła się sukcesem, a teraz może ona odnieść kolejny sukces.
Ta właśnie wyprawa rowerowa została nominowana do prestiżowej nagrody w plebiscycie "Złote Stopy" w kategorii "na kołach"! Już sama nominacja jest niesamowitym wyróżnieniem. A może być jeszcze lepiej! Wszystko zależy od waszych głosów!
Link do głosowania znajdziecie tu.
Tutaj można poczytać o tym trochę na forum w temacie Bike/Scotland Castle Tour.
A tutaj znajdziecie stronkę dotyczącą całej wyprawy.
I ważna informacja dla wszystkich ze zmiennym IP. Każdy kto ma zmienne IP (np. użytkownicy neostrady) może głosować wielokrotnie! Dlatego też najlepiej wchodźcie na tą stronkę kiedy tylko możecie i oddawajcie swoje głosy! Albo najlepiej ustawcie sobie tą stronkę jako stronę startową w przeglądarce. Każdy głos jest potrzebny! Liczymy na waszą pomoc!
Głosujcie!
Odłączajcie neta
Głosujcie!
Odłączajcie neta
Głosujcie!
Odłączajcie neta
I tak w kółko aby głosów było jak najwięcej!
Głosujemy!
poniedziałek, 26 października 2009
Lost: Episode 3 - relacja, 24.10.2009
Poniżej relacyjka z naszej wyprawy na marsz Lost: Episode 3. Wstawki i wtrącenia Czępy pisane kolorem mocno niebieskim. Zresztą ten styl gołym okiem można poznać.
Nie tak dawno doznałem wewnętrznego objawienia i odkryłem na nowo jakim sprytnym i niezawodnym wynalazkiem jest mój prezent, który dostałem na przyjęciny. Tym prezentem był rower. Kiedyś dzieciaki dostawały rowery, dziś popierdółko-skutery i inne machiny wydzielające spaliny. I lansowałem się tym moim rowerem po polnych drogach jak dziś właściciele golfów typu wieś tjuning racer. Nadszedł czas, że rower poszedł w odstawkę i tak sobie rdzewiał, zarastał mchem i szlachetniał w moim szałerku. Aż tu wreszcie odkurzyłem moją rakietę i po drobnych kosmetycznych zabiegach znowu nadawał się do użytku. Zacząłem śmigać z wiatrem we włosach i błotem na plecach (bo błotników u mnie brak). I zapuszczałem się coraz to dalej i dalej. Aż tu wreszcie nadszedł 24 październik, a wraz z nim szaleńczy pomysł by rowerem udać się na organizowany tam przez Piotra Łudzika marsz Lost: Episode 3. Jakiś miesiąc temu dostaliśmy zaproszenie na tą imprezkę, obiecaliśmy że się pojawimy i za punkt honoru postawiliśmy sobie uczestnictwo w Lostach. U nas honor, jak w średniowieczu - rzecz święta.
No dobra przyznajemy... Gdybyśmy mieli samochód to pewnie władowalibyśmy w niego swoje 4 litery i wygodnie, komfortowo przyjechali. Ale, że transport nawalił to wbiliśmy się na te stwardniałe siodełka i ruszyliśmy do Kościerzyny rowerami. Aha bym zapomniał. Muszę publicznie na łamach naszej stronki zgnoić towarzysza Czępę. Ty mnie tu nie będziesz gnoił, bo wyjechaliśmy w dobrej porze i nawet byliśmy godzinę przed marszem. A ty po co chciałeś tam być jeszcze szybciej? Żeby zarywać laski? To mogłeś sobie wcześniej wyruszyć. Pamięć lekko cię zawodzi... Mieliśmy skrzynek szukać, a na to już czasu nie było. Śpiący królewicz bowiem przez dokładnie 30min krachmolił się w swoim wyrku i nie raczył wstać. Dzwonię i słyszę, że aboment (czy jak to się tam pisze) jest chwilowo niedostępny. Chyba chwilowo śpiący bo najwyraźniej wielmożny panicz wkraczał właśnie w trzecią fazę snu. Jak byś chciał wiedzieć, to ci nie mówiło, że aboment - tylko abonent chwilowo niedostępny, łosiu jeden. Może ty wkraczałeś w trzecią fazę jak miałeś filmy, bo jak byś chciał wiedzieć, to wstałem o 10:05. I jakby tego było mało śpiący misiek się obraził, że się wkurzyłem... Po czasie zeszło ze mnie powietrze, dobrze że nie z opon. Ok na razie dość gnojenia bo później przez resztę dnia było wariacyjnie. Bo nie masz co wymyśleć, dlatego nie gnoisz. I tak sobie śmigaliśmy do Kościerzyny. Ciągle padało. Chwilami lało. A potem znowu padało. A my byliśmy mokrzy. I zlani. I znowu mokrzy. No - jeśli chodzi o pogodę, to nie miała dla nas litości. Lało bez przerwy. No ale na szczęście nie było aż tak zimno żeby się trząść z zimna, ale momentami tak sytuacja wyglądała. Ale tempo było wzorowe. Dokładnie po 2h i 15 min dojechaliśmy do celu. Przejechaliśmy 40km w zaskakująco dobrym stylu. Rzeczywiście też się co prawda nie spodziewałem, że tak szybko dojedziemy, ale i wiedziałem, że na pewno się nie spóźnimy. Jo jo jooooo...
Zawitaliśmy do bazy. Strasznie wymoczeni. Bardziej mokrym już chyba nie można być. Ponoć człowiek w 70% (jeśli się pomyliłem to poprawcie) składa się z wody. My w tym momencie grubo przekroczyliśmy ta granicę. Można powiedzieć, że nam się przelewało. Inaczej to powiedz - nie przelewało się nam, ale byliśmy mokrzy jak suchy kamień. Chwilę po tym jak stawiliśmy się w bazie otrzymaliśmy mapkę i kartę startową. Aha i prócz tego po wodzie mineralnej (o ironio! jakby wody nam było mało!) i batoniku. Nie było sensu kupować kredensu, czekać i marznąć, ruszyliśmy od razu. Do pokonania 9km. Prosta mapa, zero kombinacji, 10PK do potwierdzenia. Z początku jak zwykle byliśmy zakręceni, a poza tym dziwnie się szło po zejściu z rowerów. Pierwsze trzy PK znaleźliśmy bez problemu. Do 4PK szliśmy azymutem i jak zwykle spartoliliśmy sprawę. Choć do końca nie wiadomo, być może jak to później mówiliśmy nastąpiło jakieś załamanie czasoprzestrzeni albo inne diabelstwo. Może spotkaliśmy wstrzymywaczo-czasowstrzymywacza i nam zatrzymał czas, tak, że byliśmy w tym miejscu dwa razy. Bo choć szliśmy w kierunku 4 to znaleźliśmy się zupełnie po drugiej stronie. I to spory kawał. Jakiś czas później, pokręciliśmy się jeszcze nie wiadomo gdzie aż wreszcie się odnaleźliśmy. Okazało się, że w miejscu gdzie szukaliśmy czwórki znajdywała się piątka. Jak to się stało? Do dziś nie mamy pojęcia. Podbiliśmy 5 wróciliśmy się do 4. Dalej szliśmy jak po sznurku. 6,7,8 bez problemów. Skumaliśmy się, że przez cały czas chodzimy w tych odblaskowych kamizelkach. Widocznie tego dnia robiliśmy za drogówkę i sprawdzaliśmy stan dróg leśnych w Kościerskiej puszczy. Udaliśmy się do 9 i byliśmy święcie przekonani, że jesteśmy w dobrym miejscu, a lampionu nie ma... Szukaliśmy jakieś pół godz. i wpisaliśmy BPK. Na koniec zgarnęliśmy 10. Tak trochę z rozpędu bo to jednak stowarzysz był... Wróciliśmy do bazy po 3godz 22min. Czyli tak spoko loko bo przecież ciągle szliśmy i nie przebiegliśmy nawet 5 metrów.
W bazie mieszanka kulturowa czyli Francja elegancja oraz szwedzki stół i polska gościnność. Było trochę trudności z odczytaniem naszej karty bo Czępa całą ją zmoczył. CSI z taką kartą by miało problemy. Ba! Pewnie nawet Bronek Malanowski mógłby tego nie odczytać. Ale jakoś się udało. Piotr podliczył wyniki, a my drogówka przystąpiliśmy do operacji "schnięcie i wyżerka" No jeśli chodzi o ten dział - wyżerka, to było coś dla mnie, bo nie jadłem nic po tym jak ruszyliśmy do Kościerzyny. Tylko batonika na drogę przed startem. Trochę tam podjedliśmy łakoci i łyknęliśmy herbatki. Dzięki za świetny poczęstunek. Ogólnie to byliśmy zadowoleni z naszego występu. Powoli schodzili się uczestnicy. W tym pewna dziewczyna z chłopakiem. I w tym momencie Czępa błysnął jak chrząstka w salcesonie zwracając się do owej dwójki: "dziewczyny chcecie herbatki?" Nastąpił wybuch śmiechu, konsternacja oraz zaskoczenie. Ale już nie pierwszy raz Mariuszek nie potrafi rozpoznać płci homosapiens. Jedno jest pewne - oprócz kłopotów z orientacją w terenie niewykluczone, że Czępa ma kłopoty w szeroko pojętej orientacji w ogóle. Ale... Najważniejsze, że było wesoło, a to nam wszystkim się przecież rozchodzi. Zaczęło się ściemniać, my trochę wyschnęliśmy i trzeba się było powoli zbierać do drogi.
Może jeszcze kilka słów na temat samej imprezy. My oceniamy całość oczywiście na plus i nie żałujemy ani trochę, że przejechaliśmy taki kawał. Pewnie, że nie żałuję tego występu. Dobrze się złożyło, że jechaliśmy - bynajmniej poznaliśmy piękno kaszubskiego krajobrazu. Już jadąc do Kościerzyny podziwialiśmy tamtejszy krajobraz. Warto było. Bardzo fajny klimacik, wszystko przeprowadzone bardzo sprawnie i na takim luziku. To od razu rzuciło nam się w oczy. Autorskie zasady, choć zupełnie inne od tych pttkowskich były jak najbardziej zrozumiałe i sprawiedliwe. Trasa bardzo malownicza ale tutaj część zasług trzeba przypisać oczywiście matce naturze naturalnie. Nie ma to jak jesień w lesie. Tereny fantastyczne i z miłą chęcią ponownie wrócimy w okoliczne lasy. Mapka tym razem bez żadnych technicznych kombinacji. Dawno już na takiej nie szliśmy i było fajnie. Trochę nam się to wszystko kojarzyło z Darżlubem bądź Manewrami. Po marszu było jeszcze ognicho ale niestety czas nas gonił i nie zostaliśmy. Ogłoszenie wyników też nas ominęło...
Z bazy wyruszyliśmy o 18:20 i było już ciemno na maksa. Z trasy wracali jeszcze ostatni zagubieni. My wyposażeni w latarki sunęliśmy do domu. Dobrze, że nie padało. A te latarki to ja nie wiem, telefony chyba mocniej świecą. Nic nie było widać. Jeszcze do tego oślepiające światła samochodów, dziury i kałuże. A jak się wjedzie w dziurę to strasznie tyłek boli! Nie wyglądało to za ciekawie. A perspektywa 40km do przebycia wydawała się nam niewesoła. Ale! Pomimo wszelkich przeciwności losu pędziliśmy jak przecinaki. Jak perszingi. I w 1godz 10min byliśmy już w Starej Kiszewie. Od tego momentu trochę spuchnęliśmy i zwolniliśmy. Z powrotem wracaliśmy przez Płociczno i Cieciorkę. Tam prawie zderzyłem się z jakimś nieoświetlonym starym chracholem. Ja krzyczę: łaaaaaaaaa! A on: łoooooooo! Ale jakoś udało się uniknąć kraksy. Kawałek przed Kaliskami Czępie odpadła pedała i aż do samego domu non stop marudził bo musiał pedałować jedną nogą. Jednonogi bandyta uliczny. Ja to powinienem dostać medal za dzielne wysłuchiwanie tego stękania, jękania i marudzenia. Chociaż by taki czekoladowy medal w złotku. Nie mniej jednak los tym razem okazał się sprawiedliwy i za jego zaspanie spotkała go kara. Na koniec jeszcze trochę się wyzywaliśmy bo ja się z niego śmiałem, a on się jeszcze wkurzał. Bo ty myślisz, że jak tobie idzie wszystko dobrze a innemu źle to trzeba się z niego śmiać. Trochę narzekałem i co z tego taki jest człowiek. Śmiałem się bo to było żałosne hje hje hje. Mówiłem ci mogłeś jechać ja bym sobie poradził, ale ty wolałeś zostać to twoja sprawa. Zażalenia do samego siebie. Dobrze wiem, że ty byś mnie zostawił w takiej sytuacji ale jesteśmy timem i moim zdaniem trzeba trzymać się razem choćby nie wiem co. Ale koniec końców zadowoleni po dokładnie 2h i 25min dojechaliśmy do domów.
Czy było warto jechać 80km w dwie strony? No jacha! Bez wątpienia zrobilibyśmy to raz jeszcze. Sam marsz był na prawdę fajny i gratulacje dla orgów za organizację tej imprezy. Czekamy już na Episode 4! My to lubimy być zagubieni! A podróż też była pełna wrażeń. I nie ma to jak rower. Najlepszy środek lokomocji i najlepszy prezent przyjęcinowy.
Nie tak dawno doznałem wewnętrznego objawienia i odkryłem na nowo jakim sprytnym i niezawodnym wynalazkiem jest mój prezent, który dostałem na przyjęciny. Tym prezentem był rower. Kiedyś dzieciaki dostawały rowery, dziś popierdółko-skutery i inne machiny wydzielające spaliny. I lansowałem się tym moim rowerem po polnych drogach jak dziś właściciele golfów typu wieś tjuning racer. Nadszedł czas, że rower poszedł w odstawkę i tak sobie rdzewiał, zarastał mchem i szlachetniał w moim szałerku. Aż tu wreszcie odkurzyłem moją rakietę i po drobnych kosmetycznych zabiegach znowu nadawał się do użytku. Zacząłem śmigać z wiatrem we włosach i błotem na plecach (bo błotników u mnie brak). I zapuszczałem się coraz to dalej i dalej. Aż tu wreszcie nadszedł 24 październik, a wraz z nim szaleńczy pomysł by rowerem udać się na organizowany tam przez Piotra Łudzika marsz Lost: Episode 3. Jakiś miesiąc temu dostaliśmy zaproszenie na tą imprezkę, obiecaliśmy że się pojawimy i za punkt honoru postawiliśmy sobie uczestnictwo w Lostach. U nas honor, jak w średniowieczu - rzecz święta.
No dobra przyznajemy... Gdybyśmy mieli samochód to pewnie władowalibyśmy w niego swoje 4 litery i wygodnie, komfortowo przyjechali. Ale, że transport nawalił to wbiliśmy się na te stwardniałe siodełka i ruszyliśmy do Kościerzyny rowerami. Aha bym zapomniał. Muszę publicznie na łamach naszej stronki zgnoić towarzysza Czępę. Ty mnie tu nie będziesz gnoił, bo wyjechaliśmy w dobrej porze i nawet byliśmy godzinę przed marszem. A ty po co chciałeś tam być jeszcze szybciej? Żeby zarywać laski? To mogłeś sobie wcześniej wyruszyć. Pamięć lekko cię zawodzi... Mieliśmy skrzynek szukać, a na to już czasu nie było. Śpiący królewicz bowiem przez dokładnie 30min krachmolił się w swoim wyrku i nie raczył wstać. Dzwonię i słyszę, że aboment (czy jak to się tam pisze) jest chwilowo niedostępny. Chyba chwilowo śpiący bo najwyraźniej wielmożny panicz wkraczał właśnie w trzecią fazę snu. Jak byś chciał wiedzieć, to ci nie mówiło, że aboment - tylko abonent chwilowo niedostępny, łosiu jeden. Może ty wkraczałeś w trzecią fazę jak miałeś filmy, bo jak byś chciał wiedzieć, to wstałem o 10:05. I jakby tego było mało śpiący misiek się obraził, że się wkurzyłem... Po czasie zeszło ze mnie powietrze, dobrze że nie z opon. Ok na razie dość gnojenia bo później przez resztę dnia było wariacyjnie. Bo nie masz co wymyśleć, dlatego nie gnoisz. I tak sobie śmigaliśmy do Kościerzyny. Ciągle padało. Chwilami lało. A potem znowu padało. A my byliśmy mokrzy. I zlani. I znowu mokrzy. No - jeśli chodzi o pogodę, to nie miała dla nas litości. Lało bez przerwy. No ale na szczęście nie było aż tak zimno żeby się trząść z zimna, ale momentami tak sytuacja wyglądała. Ale tempo było wzorowe. Dokładnie po 2h i 15 min dojechaliśmy do celu. Przejechaliśmy 40km w zaskakująco dobrym stylu. Rzeczywiście też się co prawda nie spodziewałem, że tak szybko dojedziemy, ale i wiedziałem, że na pewno się nie spóźnimy. Jo jo jooooo...
Zawitaliśmy do bazy. Strasznie wymoczeni. Bardziej mokrym już chyba nie można być. Ponoć człowiek w 70% (jeśli się pomyliłem to poprawcie) składa się z wody. My w tym momencie grubo przekroczyliśmy ta granicę. Można powiedzieć, że nam się przelewało. Inaczej to powiedz - nie przelewało się nam, ale byliśmy mokrzy jak suchy kamień. Chwilę po tym jak stawiliśmy się w bazie otrzymaliśmy mapkę i kartę startową. Aha i prócz tego po wodzie mineralnej (o ironio! jakby wody nam było mało!) i batoniku. Nie było sensu kupować kredensu, czekać i marznąć, ruszyliśmy od razu. Do pokonania 9km. Prosta mapa, zero kombinacji, 10PK do potwierdzenia. Z początku jak zwykle byliśmy zakręceni, a poza tym dziwnie się szło po zejściu z rowerów. Pierwsze trzy PK znaleźliśmy bez problemu. Do 4PK szliśmy azymutem i jak zwykle spartoliliśmy sprawę. Choć do końca nie wiadomo, być może jak to później mówiliśmy nastąpiło jakieś załamanie czasoprzestrzeni albo inne diabelstwo. Może spotkaliśmy wstrzymywaczo-czasowstrzymywacza i nam zatrzymał czas, tak, że byliśmy w tym miejscu dwa razy. Bo choć szliśmy w kierunku 4 to znaleźliśmy się zupełnie po drugiej stronie. I to spory kawał. Jakiś czas później, pokręciliśmy się jeszcze nie wiadomo gdzie aż wreszcie się odnaleźliśmy. Okazało się, że w miejscu gdzie szukaliśmy czwórki znajdywała się piątka. Jak to się stało? Do dziś nie mamy pojęcia. Podbiliśmy 5 wróciliśmy się do 4. Dalej szliśmy jak po sznurku. 6,7,8 bez problemów. Skumaliśmy się, że przez cały czas chodzimy w tych odblaskowych kamizelkach. Widocznie tego dnia robiliśmy za drogówkę i sprawdzaliśmy stan dróg leśnych w Kościerskiej puszczy. Udaliśmy się do 9 i byliśmy święcie przekonani, że jesteśmy w dobrym miejscu, a lampionu nie ma... Szukaliśmy jakieś pół godz. i wpisaliśmy BPK. Na koniec zgarnęliśmy 10. Tak trochę z rozpędu bo to jednak stowarzysz był... Wróciliśmy do bazy po 3godz 22min. Czyli tak spoko loko bo przecież ciągle szliśmy i nie przebiegliśmy nawet 5 metrów.
W bazie mieszanka kulturowa czyli Francja elegancja oraz szwedzki stół i polska gościnność. Było trochę trudności z odczytaniem naszej karty bo Czępa całą ją zmoczył. CSI z taką kartą by miało problemy. Ba! Pewnie nawet Bronek Malanowski mógłby tego nie odczytać. Ale jakoś się udało. Piotr podliczył wyniki, a my drogówka przystąpiliśmy do operacji "schnięcie i wyżerka" No jeśli chodzi o ten dział - wyżerka, to było coś dla mnie, bo nie jadłem nic po tym jak ruszyliśmy do Kościerzyny. Tylko batonika na drogę przed startem. Trochę tam podjedliśmy łakoci i łyknęliśmy herbatki. Dzięki za świetny poczęstunek. Ogólnie to byliśmy zadowoleni z naszego występu. Powoli schodzili się uczestnicy. W tym pewna dziewczyna z chłopakiem. I w tym momencie Czępa błysnął jak chrząstka w salcesonie zwracając się do owej dwójki: "dziewczyny chcecie herbatki?" Nastąpił wybuch śmiechu, konsternacja oraz zaskoczenie. Ale już nie pierwszy raz Mariuszek nie potrafi rozpoznać płci homosapiens. Jedno jest pewne - oprócz kłopotów z orientacją w terenie niewykluczone, że Czępa ma kłopoty w szeroko pojętej orientacji w ogóle. Ale... Najważniejsze, że było wesoło, a to nam wszystkim się przecież rozchodzi. Zaczęło się ściemniać, my trochę wyschnęliśmy i trzeba się było powoli zbierać do drogi.
Może jeszcze kilka słów na temat samej imprezy. My oceniamy całość oczywiście na plus i nie żałujemy ani trochę, że przejechaliśmy taki kawał. Pewnie, że nie żałuję tego występu. Dobrze się złożyło, że jechaliśmy - bynajmniej poznaliśmy piękno kaszubskiego krajobrazu. Już jadąc do Kościerzyny podziwialiśmy tamtejszy krajobraz. Warto było. Bardzo fajny klimacik, wszystko przeprowadzone bardzo sprawnie i na takim luziku. To od razu rzuciło nam się w oczy. Autorskie zasady, choć zupełnie inne od tych pttkowskich były jak najbardziej zrozumiałe i sprawiedliwe. Trasa bardzo malownicza ale tutaj część zasług trzeba przypisać oczywiście matce naturze naturalnie. Nie ma to jak jesień w lesie. Tereny fantastyczne i z miłą chęcią ponownie wrócimy w okoliczne lasy. Mapka tym razem bez żadnych technicznych kombinacji. Dawno już na takiej nie szliśmy i było fajnie. Trochę nam się to wszystko kojarzyło z Darżlubem bądź Manewrami. Po marszu było jeszcze ognicho ale niestety czas nas gonił i nie zostaliśmy. Ogłoszenie wyników też nas ominęło...
Z bazy wyruszyliśmy o 18:20 i było już ciemno na maksa. Z trasy wracali jeszcze ostatni zagubieni. My wyposażeni w latarki sunęliśmy do domu. Dobrze, że nie padało. A te latarki to ja nie wiem, telefony chyba mocniej świecą. Nic nie było widać. Jeszcze do tego oślepiające światła samochodów, dziury i kałuże. A jak się wjedzie w dziurę to strasznie tyłek boli! Nie wyglądało to za ciekawie. A perspektywa 40km do przebycia wydawała się nam niewesoła. Ale! Pomimo wszelkich przeciwności losu pędziliśmy jak przecinaki. Jak perszingi. I w 1godz 10min byliśmy już w Starej Kiszewie. Od tego momentu trochę spuchnęliśmy i zwolniliśmy. Z powrotem wracaliśmy przez Płociczno i Cieciorkę. Tam prawie zderzyłem się z jakimś nieoświetlonym starym chracholem. Ja krzyczę: łaaaaaaaaa! A on: łoooooooo! Ale jakoś udało się uniknąć kraksy. Kawałek przed Kaliskami Czępie odpadła pedała i aż do samego domu non stop marudził bo musiał pedałować jedną nogą. Jednonogi bandyta uliczny. Ja to powinienem dostać medal za dzielne wysłuchiwanie tego stękania, jękania i marudzenia. Chociaż by taki czekoladowy medal w złotku. Nie mniej jednak los tym razem okazał się sprawiedliwy i za jego zaspanie spotkała go kara. Na koniec jeszcze trochę się wyzywaliśmy bo ja się z niego śmiałem, a on się jeszcze wkurzał. Bo ty myślisz, że jak tobie idzie wszystko dobrze a innemu źle to trzeba się z niego śmiać. Trochę narzekałem i co z tego taki jest człowiek. Śmiałem się bo to było żałosne hje hje hje. Mówiłem ci mogłeś jechać ja bym sobie poradził, ale ty wolałeś zostać to twoja sprawa. Zażalenia do samego siebie. Dobrze wiem, że ty byś mnie zostawił w takiej sytuacji ale jesteśmy timem i moim zdaniem trzeba trzymać się razem choćby nie wiem co. Ale koniec końców zadowoleni po dokładnie 2h i 25min dojechaliśmy do domów.
Czy było warto jechać 80km w dwie strony? No jacha! Bez wątpienia zrobilibyśmy to raz jeszcze. Sam marsz był na prawdę fajny i gratulacje dla orgów za organizację tej imprezy. Czekamy już na Episode 4! My to lubimy być zagubieni! A podróż też była pełna wrażeń. I nie ma to jak rower. Najlepszy środek lokomocji i najlepszy prezent przyjęcinowy.
czwartek, 18 czerwca 2009
Scotland Castle Tour 2009

Za siedmioma lasami, za siedmioma górami, za siedmioma rzekami, za kanałem la mansz, gdzieś tam hen daleko, gdzie nikt już wzrokiem nie sięga istnieje sobie ogromna wyspa, o której zwykło się mówić Wielka Brytania. Teraz trochę lekcji geografi: Jakie państwa wchodzą w skład GB? Anglia, Irlandia, Walia (Giggs niech żyje po wieki!) oraz Szkocja. Kraina spódniczek w krate zwanych kiltami, słynnej na cały świat choć mało popularnej w wiejskim podsklepowym środowisku Szkockiej Whisky, oraz dziwacznego instrumentu (dudy) o jeszcze bardziej dziwacznym dźwięku. Szkocja to również dziesiątki zamków i bynajmniej nie mam tu na myśli zamków błyskawicznych. Takich prawdziwych zamków, w których mieszkał król i rycerze! Szkocja to przepiękne krajobrazy (choć ja znam je tylko ze zdjęć...), bogata historia, kultura. To wszystko natomiast składa się na niesamowity klimat. I do tej właśnie wspaniałej krainy, już w sierpniu tego roku, na rowerową wyprawę wybierają się nasi przyjaciele z LUKS POLu Czersk oraz SKTPG FIFY!
W planach mają zamiar przejechać ok. 2000km, zwiedzić całą masę zamków, wspinać się po górkach, nasiąknąć szkockim klimatem, obcować z przyrodą, przeżyć wspaniałą przygodę!
Więcej o całej wyprawie możecie poczytać na specjalnie przygotowanej w tym celu stronce Scotland2009.
Dla nas robali taki wyjazd pozostaje ciągle w strefie marzeń. Nie mniej jednak trzymamy za was kciuki, życzymy wielu niezapomnianych przygód i wrażeń. Będziemy was dopingować w tej wyprawie. Powodzenia!
No i nie zapomnijcie wypić za nasze zdrówko w imię wariacji kielicha szkockiej whisky!
W planach mają zamiar przejechać ok. 2000km, zwiedzić całą masę zamków, wspinać się po górkach, nasiąknąć szkockim klimatem, obcować z przyrodą, przeżyć wspaniałą przygodę!
Więcej o całej wyprawie możecie poczytać na specjalnie przygotowanej w tym celu stronce Scotland2009.
Dla nas robali taki wyjazd pozostaje ciągle w strefie marzeń. Nie mniej jednak trzymamy za was kciuki, życzymy wielu niezapomnianych przygód i wrażeń. Będziemy was dopingować w tej wyprawie. Powodzenia!
No i nie zapomnijcie wypić za nasze zdrówko w imię wariacji kielicha szkockiej whisky!
Subskrybuj:
Posty
(
Atom
)




