W dniach 17-18 października, w nocy z piątku na sobotę, a
potem przez niemal całą sobotę, odbywała się 48 edycja Ekstremalnego Rajdu na
Orientację Harpagan. Bazą zawodów był Zespół Szkół w Lipuszu.
Tradycyjnie już, bodajże po raz 11, wystartowałem na trasie
pieszej 100 km (TP 100).
W edycji wiosennej zająłem pierwsze miejsce, którego miałem
teraz bronić, ale tak jak pisałem w zapowiedzi (post pt.: „Harpagan 48”), z tą
obroną sprawa miała być mocno wątpliwa ze względu na moje różne perturbacje
zdrowotne i inne zawirowania okołożyciowe, o których również w zapowiedzi
pisałem. Nie wiem, co miało być większą przeszkodą dla mnie – to, że w lato
bardzo mało biegałem (czerwiec – 48 km biegu, lipiec – około 100 km, sierpień –
też ok. 100 km, wrzesień – 145 km), czy to, że sobie na 2 tygodnie przed
startem skręciłem nogę w kostce. Skręcona noga w kostce wydawała się dużo
lepszym alibi na wypadek porażki, ale tak naprawdę głównym problemem było jednak
za mało wybiegania. Stanowczo za mało – przecież w zimę przed Harpaganem w
Bożepolu biegałem po 350 km miesięcznie!
Założeń więc w zasadzie nie było żadnych na te zawody, jeśli
chodzi o jakieś tam wysokie miejsce. No może przesadzam – po cichu liczyłem na
3 miejsce, bo wiedziałem, że Andrzej Buchajewicz i Robert Kędziora są poza moim
zasięgiem. Jednak w ostatnim tygodniu zapisów na listach startowych pojawiło
się nazwisko Pawła Pakuły (ostatecznie nie wystartował) i swoje maksymalne
możliwości obniżyłem do 4 miejsca. Minimalnego celu nie określałem, bo liczyłem
się nawet z tym, że na skutek odnowienia kontuzji będę musiał zejść z trasy.
Do bazy zabrałem się z Andrzejem samochodem. Po drodze
nawijałem jak kołowrotek, że nie będę dziś z nim rywalizował, bo miałem takie
to a takie kłopoty zdrowotne i że może mnie ze startu skreślić z listy
konkurentów. Generalnie narzekałem, jak to mam w zwyczaju, też na wiele innych
rzeczy. Również i na to, że od wiosennego harpagana miałem tylko dwa starty
nocne i pewnie z moją nawigacją na I pętli będzie krucho. Powiedziałem też, że
nie biegam dziś z Pawłem, bo ostatnio mnie zniszczył kondycyjnie na Czarnej
Cobrze i jeśli będę próbował się go trzymać, to słono za to zapłacę.
Powspominaliśmy sobie stare dzieje, przy okazji dowiedzieliśmy się, że na
starym jak świat Harpaganie w Redzie (to był 2008 rok? Nie pamiętam) biegliśmy
razem z PK 1 do PK 2, bo nie mogliśmy znaleźć mostku na Redzie i zrobiliśmy
wtedy dokrętkę jakieś 3-4 km. A potem przed PK 4 obaj wpadliśmy po piersi
(Andrzej po pas) w wodę w kanale. Temperatura powietrza była jakieś –2, jak na
mnie, ale Andrzej twierdził, ze nawet –5. Tak więc takie tam sobie pogaduchy
urządzaliśmy, w bazie okazało się, że były trudności z zaparkowaniem samochodu,
bo taki był wielki tłok na parkingach i trawie wokół bazy. Była już 19:15. Po
załatwieniu formalności w sekretariacie, udałem się na salę gimnastyczną, gdzie
czekał już Paweł Ćwidak, który zajął strategiczne miejsce tuż przy wyjściu z
sali. Było też wielu innych znajomych, z którymi się przywitałem. Wszyscy
byliśmy ulokowani w jednym miejscu, tak więc od razu było raźniej. Byli już tam
między innymi: Ewelina Domańska, Marcin Sontowski, Michał Bałchanowski, Daniel
Łazarek i Mariusz Łosiewicz – znajomi z różnych zawodów oraz rozmaitych przedsięwzięć
w stylu akcja „Liść Dębu”.
Oczywiście zaczęły się pogaduchy, co tam u ciebie słychać, a
co u ciebie, jak tam kontuzjowana noga, co to za ściema z tą kontuzjowaną nogą,
ty zawsze narzekasz, a potem pędzisz jak ten Struś Pędzowiatr. Chciałem zagadać
z Eweliną i zapytać ją o te 3 brakujące tematy, na które ponoć można ze mną
pogadać (nie licząc jedzenia i biegania).
Kto nie czytał zapowiedzi H ten nie wie, o co chodzi – a
więc krótko – w zapowiedzi była mowa o tym, że moje życie jest takie ubogie w różne
doznania, że właściwie to tylko bieganie, jedzenie i nic więcej. Ewelina
polemizowała, że tak nie jest, dlatego chciałem o tym porozmawiać z nią, a
zresztą już teraz muszę się poprawić, bo czasem przecież grywam też w starą grę
Sensible World of Soccer, data produkcji chyba 1994. Nawet całkiem nieźle mi to
wychodzi, bo wygrałem ostatnio stworzoną przez siebie Superligę, grając Stalą
Stalowa Wola. Mając w ataku Artura Rubinkiewicza, a na bramce Sejuda nie jest
łatwo wygrać z Parmą, gdzie gra Stoichkov i Chiesa. No ale mi się udawało, więc
może to była jedna z tych 3 brakujących rzeczy, z których, zdaniem Eweliny,
składa się również moje życie. A propos, jeśli ktoś z Was lubi tę grę, oto
dobry sposób na strzelenie gola przy taktyce 4-3-3, grając przeciw zespołowi
grającemu systemem 4-4-2.
Dobrze, koniec dygresji. Tak sobie gadaliśmy w bazie o
wszystkim i o niczym, ja się strasznie guzdrałem z pakowaniem się na start, aż
tu patrzę – godzina 20:20, a jeszcze trzeba zrobić to i to i to. Zagęściłem
ruchy, ale jakaś tam nerwowość się wkradła. Uffff, odprawa techniczna jest 5
minut przed startem, a nie o 20:30 jak myślałem.
Już w myślach przebieram nogami, chcę wyjść z tej sali i
trochę potruchtać. W końcu jestem niereformowalnym, nieuleczalnie chorym
biegaczem, więc ciśnie mnie, aby pobiegać, jakbym miał przeziębiony pęcherz. O
20:25 wybiegamy z Pawłem na krótki rekonesans – chcemy wyczaić wybiegi z bazy,
żeby się nie zamotać na wylocie z Lipusza, bo tuż po starcie człowiek jest
trochę spanikowany i musi minąć nieco czasu, żeby zaczął czuć mapę.
Truchtaliśmy króciutko, może jakieś 10 minut. Potem na
start, rozciąganie jakieś, w ostatniej chwili ściągnąłem bluzę. Postanowiłem
biec w T-shircie, bo zapowiadali na noc ok. 5-8 stopni, ale o 21:00 było 10
stopni – za ciepło na bluzę. Najwyżej na trasie jak zrobi się zimniej, to
założę. Paweł w ogóle nie brał ze sobą żadnej bluzy, miał jednak dodatkowy
T-shirt w plecaku.
Miałem numer 102, więc mapę otrzymałem praktycznie jako
pierwszy, zrobiło się małe zamieszanie przy wydawaniu map, bo ludzie zaczęli
podchodzić bezładnie, a nie wg numerów, ale szybko to się udało opanować. Rzut
oka na mapę. Jasna cholera, a gdzie tu baza jest? Panika, nie mogę znaleźć
startu na mapie, no to ładnie się zapowiada... No ale jakoś udało mi się
pokonać tę przeszkodę i gdy miałem już obczajony dobieg do PK 1 (wydawał się
prosty dość), zacząłem oglądać się za Pawłem, ale nie mogłem go wypatrzyć w
tłumie. Na rozgrzewce uzgodniliśmy, że początek jednak pobiegniemy razem, bo
tak jednak raźniej i jak człowiek gada, to mniej się stresuje, ważne, żeby
wejść w rytm nawigacji, a potem można już sobie samemu radzić. Jakoś tak
myślałem, że do PK 2 albo do PK 1 pobiegnę z Pawłem, a dalej on pewnie mnie
zostawi, bo jest teraz biegowo lepszy.
Po starcie zaraz okazało się, ze jestem drugi (Jarek
wystrzelił do przodu jak rakieta), czyli, że wcale nie biegnę tak wolno jak
przewidywałem! A biegnę zupełnie luźno. Nie jest źle! Słyszę z tyłu głos Pawła,
który zaraz dobiega do mnie, a za chwilę zjawia się też Daniel i sobie chwilę
gadamy, po czym Daniel zostaje z tyłu. Sytuacja z Bożegopola się powtarza!
Jestem zbudowany tym, że tempem biegu, jakie daje nam w tej chwili drugie
miejsce, nie męczę się. Dobiegamy do ostrego zakrętu szosy. Tu powinny odchodzić
po skosie dwie polne drogi – skrzyżowanie w kształcie Y, ale jest tyko jedna
droga. No dobra, widocznie ta druga zaorana. Trzeba być czujnym. Okazuje się,
że nasz Y jest, ale trochę dalej. Błyskawiczna decyzja – w lewo, czy w prawo?
Ustaliliśmy wcześniej, że zobaczymy która z dróg będzie wyraźniejsza i tą
wybierzemy, bo obie, z mapy, wydawały się jednakowo dobrze wbijające na PK 1.
Jarek leci w lewo, za nim cały peleton, to my... lecimy w prawo. Przynajmniej
będzie spokojnie. Za nami leci tylko jedna lampka, cała reszta poleciała w
lewo. Nie pamiętam czy wybór prawego wariantu był jakoś merytorycznie przez nas uzasadniany, może chodziło to, że ta prawa droga nie miała po drodze
żadnych skrzyżowań, i nie dało się jej zgubić, wyglądała też w terenie dość
solidnie.
![]() |
Przelot na PK 2 |
Droga robi łuk w lewo, wybiegamy z lasu na pola i rozglądamy
się za lampkami peletonu. Powinni dobiec do nas z lewej... Nie ma ich! Ciemno,
choć oko wykol! A więc zgubili się! Bez problemu znajdujemy most na rzece (w
bazie pytaliśmy się Andrzeja i innych osób co tam się stało na tym drugim
wariancie, okazało się, że mieli problemy właśnie ze zlokalizowaniem tego mostu
i część osób przeprawiała się przez rzekę wpław). Dalej droga nieco się wije,
są jakieś skrzyżowania, ale jesteśmy czujni, szybcy i wściekli i nie dajemy się
tu zamotać. Dopiero przed samym PK 1 zacząłem, jak to Paweł potem stwierdził,
panikować, bo widziałem już światełka sędziów z PK 1 i chciałem przebijać się
na szago z dobrej drogi przez jakieś krzaki, na co Paweł mnie uspokoił, że nie ma
to sensu, bo wygodną drogą dobiegniemy prosto na punkt. Ja znów twierdzę, że
nie, że jak dalej będziemy biec, to będziemy za chwilę musieli się wracać, a
jak znikną nam lampki sędziów, to możemy potem trochę błądzić. No ale Paweł
wytrzymuje presję moich kosmicznych, schizofrenicznych wywodów i zostajemy przy jego wersji, dzięki czemu
włazimy w punkt jak w masło, wygodną ścieżynką. Jesteśmy tu pierwsi! Tuż za
nami Remik Nowak, a potem.... pustka! Okazało się, ze mieliśmy tu już 6 minut
przewagi nad następnymi zawodnikami. Morale od razu wysokie. Mam dziś ochotę
nawigować, proponuję od razu, żebyśmy do PK 2 lecieli wariantem nieco okrężnym
przez szosę. Pomysł trafiony w dziesiątkę. Nawigacja banalna, mózg odpoczywa,
trochę rozmawiamy z Remikiem, który narzuca na asfalcie piekielnie mocne tempo,
aż mówię Pawłowi, czy może jednak nie zwolnimy i odpuścimy go, bo nie
wytrzymam. Ale Remik wtedy mówi, że tylko na asfalcie tak przycisnął, bo jak
przelot jest oczywisty, to trzeba grzać ile fabryka dała, a dopiero potem w
lesie na krętych ścieżkach zwolnić. Słuszne rozumowanie. Do PK 2 dobiegamy bez
kłopotu.
Potem ja, swoim zwyczajem, chcę dalej proponować wariant
okrężny do PK 3, przez następną szosę, ale Paweł mówi, żebym nie przesadzał tak
z tym nadrabianiem dystansu. Czasem coś tam można obiec, ale nie, że cały czas.
Lecimy więc do PK 3 najkrócej jak się da, po przecinkach, które momentami są
wkurzające, bo znikają i są wyboiste i pełne patyków, ale jakoś dajemy radę to
ogarnąć. Tuż przed samym PK 3 lekka konsternacja, bo coś tam się ze
skrzyżowaniami porobiło dziwnego, ale zauważam z daleka koszulki odblaskowe
sędziów z namiotu i podbijamy ten punkt. Remik zostawił nas z tyłu, bo jednak
jego tempo było dla nas za mocne, także i na wyboistych ścieżkach.
Na PK 4 bez historii, tempo mamy dobre, pilnujemy
skrzyżowań, gdzieś coś tam nam się w jednej wiosce nie zgadzało, ale
ogarnęliśmy to, potem zgubiliśmy przecinkę tuż przed szosą, i nadrobiliśmy
biegnąc nieco regularną drogą, ale i tak nie był to zły wariant – na pewno
lepiej niż przedzierać się do szosy na szago. PK 4 jest w olbrzymim dole, przy
przecince. Uważamy tam bardziej, patrzymy na rzeźbę i do punktu wbijamy się bez
problemu. Czas mamy świetny! Wyliczam, że biegniemy na rekord Polski, wychodzi
nam coś około 4:55 na pętlę, jestem zaskoczony. Nie spodziewałem się, że tak
długo dam radę w takim tempie wytrzymać!
Gubię tu folię strunową i trochę się martwię jak sobie na II
pętli bez folii poradzę, bo może mi się mapa przetrzeć. Ale Paweł mówi, że mi
pożyczy jakąś swoją, bo ma jakąś w bazie, a poza tym orgowie powinni mieć w
bazie.
Do PK 5 bijemy głównymi drogami. Dopiero przed miejscowością
Sołniny proponuję nieco nadłożyć dystansu, aby ominąć bagna widoczne na mapie.
Chyba był to zbytek przezorności, ale jeśli nawet, to wiele nas nie kosztował.
Końcówka do PK 5 jest trudna. Okazuje się, że ani ja, ani Paweł nie mierzyliśmy
kroków na przecince i nie wiemy w którym miejscu odbić na azymut na punkt.
Sprawa się komplikuje, bo znika nam przecinka, wobec czego szukamy najwyższej
góry w okolicy, gdzie powinien być punkt. W lewo czy w prawo? I tu góra, i tu.
Ta po lewej wydaje mi się większa i proponuję iść tam. Bingo! Trafiony
zatopiony, namiot schowany był w takiej niecce i nie było go łatwo wypatrzyć.
Ale moje oczy ślepowrona (wada wzroku +6, przy czym prawe oko zezuje, w zasadzie
suma jego odpisów amortyzacyjnych to 100%) nie takie rzeczy wypatrywały. Remik
tu traci ponad pół godziny na błądzeniu i zostaje z tyłu. Dalej lecimy już
sami, wiedząc, że mamy duża przewagę. Do PK 6 dobieg nie jest prosty, bo
przecinki tu znikają i zaczynam lekko panikować, ale Paweł dobrze wytrzymuje
napięcie nerwowe i prowadzi nas bezbłędnie.
Teraz przez most nad rzeczką koło młyna w Dywanie. Ja coś
źle patrzę na mapę i biegniemy za daleko. Nazad! Ufff, błąd bez wielkich
konsekwencji. Chaszczowanie tylko na odcinku 50 metrów, myślałem, że w jakieś
bagna się wpakujemy.
Teraz, od Dywanu, droga prowadzi ostro pod górę i Paweł
mówi, że nie będzie w stanie pod tę górę biec. Chcę coś zjeść i mówię Pawłowi,
żeby pilnował dróg i odległości, bo będę jadł, a za chwilę drogi będą się wić i
musimy być czujni. Zabieram się do jedzenia, patrzę... a Paweł też coś zaczyna
podjadać. Czyli w tym momencie nie mamy nawigatora. No ładnie! To ci liderzy
Harpagana! Dajemy jednak radę, okazuje się, że drogi, które na mapie wyglądały
ciężko są do ogarnięcia i PK 6, koniec końców, nie sprawia nam kłopotu.
Do PK 7 proponuję wariant okrężny, bo nawigacyjnie wygląda
na wręcz banalny. Rzeczywiście, nie sprawił nam kłopotu, ale biegnąc szosą
przez Trzebuń, słyszę, że Paweł ma coraz cięższy oddech i pytam się go, czy to
tempo nie jest jednak za szybkie dla niego. Paweł mówi, że spoko, da radę,
byleby nie przyspieszać już. Mówię, że ani mi się śni przyspieszać, byleby tylko
nie zwalniać za bardzo. Zaraz mi się przypomniał Kosa z Maratonu w Lęborku.
Kiedy go pytałem o to samo, gdy słyszałem jak ciężko oddycha, to też mówił, że
spoko, czuje się dobrze, a potem miał taki zgon, że później tylko go pytałem,
czy ma przygotowany testament. Ale i ja zaczynam kuleć na moją skręconą nogę.
No i coś tam mówię do Pawła, że ładni z nas liderzy paralitycy. Potem gadamy do
siebie, że kurczę, jakoś tak dziwnie, w Bożepolu była wielka mobilizacja,
ochota do walki, a teraz jakoś tak się człowiekowi nie chce. Leniwy się zrobił,
czy co. Jeden większy sukces i się z człowieka taki kapeć robi. Najchętniej bym
się walnął w krzaki i spał. No ale prowadzimy, więc trzeba trzymać fason.
Do PK 7 też bez problemu dobiegamy. Tutaj, z późniejszych
wyliczeń Pawła, wyszło nam 42,5 km licząc od startu, a wg mapy było 39. Czyli
lecieliśmy wariantem niemal optymalnym!
Tuż za PK 7 żegnamy się, bo Paweł nie jest w stanie biec
dalej i mówi, że do bazy już sobie spokojnie pójdzie, tym bardziej, że aż tak
mu się nie spieszy. Paweł startuje na trasie mieszanej, więc i tak o wszystkim
zadecyduje czas pętli rowerowej. Dziękujemy sobie za kolejną świetną współpracę
i dalej lecę już sam.
Mam ten problem, że, szczególnie, kiedy brakuje mi startów,
nawiguję bardzo bojaźliwie i za dużo czasu tracę na stawanie i upewnianie się
czy jestem na tym skrzyżowaniu, co powinienem itp. Do PK 8, który był trudnym
przelotem, nawiguję bezbłędnie. Tylko w jednym miejscu, tuż przed Jez. Słone,
mam chwilę zawahania na dziwnym zakręcie drogi, ale nie daję się tu zgubić.
Dobieg do PK 8 świetny, ale z PK 8 do bazy robię dużą wtopę.
Znów chcę nawigować bezpiecznie, łamię trasę na wschód do szosy, pakuję się w
jakąś zarośniętą wyboistą przecinę, potem w jakieś zaorane pole, gdzie biec się
nie da, a potem lecę główną szosą na Kościerzynę. Przegapiam pierwszy skręt na
Lipusz, dokładając kolejne 500 metrów. Słabo to wyszło, no ale nic, tak bywa. W
końcu to Harpagan. Odcinek PK 8 – PK 9 pokonałem w 40 minut, dla porównania
Paweł, który tam szedł, ale zrobił wariat optymalny – polną drogą przez wioski
– miał tylko 5 minut słabszy czas ode mnie. A na przykład Krzysiek Borowiec,
który prawdopodobnie też nawigował polnymi drogami, ale biegł, miał tam aż o 7
minut czas lepszy ode mnie. W sumie nie mam co narzekać, trasa była naprawdę
trudna i wtopy rzędu 7 minut i tak nie były groźne.
Na mecie I pętli mam czas 5:45. Czy uda mi się pobić rekord
życiowy z wiosny? Wtedy na przepaku miałem około 6:15, ale wtedy I pętla była
sporo dłuższa, chyba aż o 6 km, a może 4 km. I wiem, ze na drugiej pętli będę
się już wlekł. W Bożepolu miałem 12:56 na mecie. Jestem bardzo zmęczony i
bardzo chce mi się pić. Przepak idzie mi sprawnie – tylko 12 minut zajmuje i
ruszam na II pętlę. Dostaję od dziewczyn na PK 9 folię strunową, co wprawia
mnie w dobre usposobienie. Na I pętli wypiłem 2 litry picia. Na przepaku
wypiłem następne 0,6 litra. Dużo. Noc była ciepła.
Na II pętlę wyruszam z ociąganiem. Chciałbym, żeby już się
robiło jasno, ale do świtu zostało ok. 4 godziny! Dziwnie się czuję prowadząc,
nie byłem na to przygotowany i jakoś specjalnie się nie zaginam. Odpycham od
siebie ze wstrętem presję, jakby była szpinakiem z przedszkola. Robi mi się
zimno, to biegnę sobie świńskim truchtem z jedną ręką w kieszeni. I tak mnie
dogonią, ale kłaść się nie ma co na trawie, trzeba walczyć i tak długo
utrzymywać przewagę jak się da. Wywierając presję na rywalach swoim długim
prowadzeniem mogę spowodować, że będą błądzić i w tym upatruję jakiejś szansy.
Droga do PK 10 jest denerwująca, okropnie się wije i to
wspina się to opada, w dodatku nie widać przecinki, w którą chciałem skręcać,
biegnę kawałek dalej i znajduję drogę łukiem skręcającą na południe, a potem
znów na zachód. Jestem tu czujny i w sumie bez kłopotu znajduję PK 10, tyle, że
tempo mojego biegu jest już bardzo wolne. Wyliczyłem sobie, że jeśli takim
tempem będę się przemieszczał, to II pętlę zrobię w 8 godzin. Byłby to słaby
wynik, no ale może nadrobię na następnych przelotach.
Sam PK 11 znajduję bez problemu, ale wcześniej nieco motam
się na przelocie. Droga ma prowadzić przez pola wśród jakichś kanałków, ale
niestety znika i nawiguję na ścianę lasu znajdującą się przede mną. Kanałek
jest nie do przeskoczenia. No ładnie! Zaczynam się denerwować, ale w końcu
znajduję mostek przez który przechodzę.
Do PK 12 wybieram wariant okrężny główną drogą, która jest
nie do pomylenia, przez miejscowość o sympatycznej nazwie Mały Jabłuszek.
Wcześniej jest jednak rozwidlenie dróg i zastanawiam się, czy jednak nie
polecieć drogą, która zdaje się krótsza, ale stwierdzam, że jak tak się będę
zastanawiał i dzielił włos na czworo to nie zdążę do domu na mecz
Gruzja-Polska. Pierwsza koncepcja jest dobra i jej trzeba się trzymać. PK 12
bez kłopotu.
No i za PK 12 następuje największy kryzys. Znów lecę naokoło,
tak dość sporo nadrabiam, przez miejscowość Kalisz, szosą, a potem dużą drogą
szutrową. Nie chciałem się przebijać na skróty przez pola, ale zły na siebie za
asekuranctwo postanawiam wbić się za Syberią w mniejsze drogi, potem nawet
poazymutować, żeby tym razem było krócej. I to był błąd. Nie znajduję drogi
która miała po skosie odbijać w prawo i wbijam się na azymut w jakiś gęsty
zagajnik. Poruszam się tu okropnie wolno, nie mogę znaleźć mojej drogi, teren
mi się nie zgadza, powinna być granica pola, a jej nie ma. Jest sporo trzebieży
lasu na tym terenie i się motam, bo te trzebieże robią z mapy kogel-mogel. Nie wiem gdzie
jestem, drogi, na które w końcu wpadam, nie zgadzają mi się, ale jakoś na
intuicję trafiam do miejscowości Sztudron. Tu azymutuję na NE do wyraźnej
granicy lasu i... zaczyna się jakiś Blair Witch Project. Tnę na szago do
głównej drogi zaznaczonej linią ciągłą, znajduję ją, teraz idę na południe, tu
powinien być taki zawijas, zakręt w prawo, potem zaraz w lewo. Okej, jest, może
trochę mało wyraźny, ale jest... Tylko dlaczego, do jasnej cholery wylazłem z
lasu i trafiłem prawie w to samo miejsce, z którego przyszedłem??
Nie cierpię, kiedy las tak się bawi ze mną. Nerwowość mnie
ogarnia, skręcam w lewo w drogę, która jak na moje powinna być nieco wcześniej.
Tu też dzieją się dziwne rzeczy. Dobiegam to tego mojego poszukiwanego
„zawijasa” chyba ze 3 razy, dopiero za 3 razem to jest ten prawdziwy zawijas.
Trafiam w końcu na PK 13, ale wtopa tu była dość znaczna. Mój czas przelotu z
PK 12 na PK 13 to 1:24. Dla porównania Marcin i Michał, którzy biegli wolniej i
zrobili wariant okrężny, ale bezpieczny i weszli w punkt jak w masło, mają tu
czas 1:25. Na innych przelotach, z racji wolniejszego biegu, tracili znacznie
więcej.
PK 14 to odbudowa morale. Nawiguję ostrożnie, ale wariantem
optymalnym, bez nadrabiania. Jest już jasno i nawiguje się łatwiej.
Z PK 14 do PK 15 robię jednak chyba kolejny błąd. Wybieram
wariant okrężny szosami przez Lipusz (ocieram się prawie o metę, dziwne
uczucie). Nawigacyjnie bardzo prosto, ale tempo biegu mam już tak okropnie
wolne, że jednak chyba się nie opłacało. Z PK 14 do 15 mam czas 1:19, znów dla
porównania Michał z Marcinem mają tu 1:20 – mieli tempo biegu wolniejsze, ale
zrobili wariant optymalny i opłacalny bo przecinki się tam zgadzały.
Z przelotów z 15 do 16, a potem z 16 do 17 jestem
zadowolony. Wybierałem warianty krótkie, ryzykowałem nieco, bo chciałem
podbudować swoje morale i zwalczyć jakoś te swoje asekuranctwo, co mi się tutaj
udało. Przed PK 17 bałem się, czy mostek na Wdzie będzie istniał, okazało się,
że znalazłem inny mostek, który wręcz skrócił mi drogę na punkt, a tego mostku,
który był na mapie... w terenie nie było. Miałem więc szczęście, chociaż i tak
Wda była tu bardzo płytka. Na PK 17 budzę ze snu dziewczyny w namiocie (ani
pocałunkiem, ani brutalnym szarpaniem za ramię, wybieram wariant pośredni –
głośniej się odzywam do nich i to dwa razy), co każe mi przypuszczać, że wciąż
prowadzę! Niemożliwe, ale chyba jednak się uda!
Już tylko ostatni skok do mety, nawigacja banalna, wybieram
bezpieczny wariant znaną mi, z przelotu 9 – 10, wijącą się drogą. Tutaj tracę
prawie do wszystkich, bo prawie wszyscy pobiegli ścieżką przy torach, której
nie zauważyłem. No ale strata 10 minut przy takim rozrzuceniu stawki niewiele
wnosi. Oczywiście nie wiem, jaką mam przewagę i biegnąc, czy też właściwie
wlokąc się, dobrze mi znaną krętą drogą ciągle oglądam się przez lewe ramię
widząc oczyma wyobraźni wypadającego zza zakrętu, tempem 4:15 na kilometr
Andrzeja, który chce mnie dopaść, już nawet nie dlatego, aby ze mną wygrać,
tylko, żeby dokonać krwawej zemsty, że blefowałem o swojej niby słabej formie i
przyjechałem tylko po to, aby nie wypaść z obiegu. Może i faktycznie był to
blef, ale w takim razie najbardziej wywiedziony w pole mogłem czuć się ja sam.
W żadnych kalkulacjach nie brałem zwycięstwa pod uwagę! Ostatnie 7 km biegnę
już bez wody. Skończyła mi się. Brakuje mi też energii, mam jeszcze batony i
jeden żel, ale nie zjem ich bo nie mam czym popić i jeszcze bym tylko zwymiotował.
Tory kolejowe, następne tory, przestaję biec, idę, bo nie
mam siły. Ale gdy wpadam na główną drogę prowadzącą do mety i widzę jak blisko
jest balon z napisem „META” znów podrywam się do biegu i nawet biegnę dość
żwawo.
Na mecie baaaardzo miła niespodzianka! Wita mnie oklaskami
bardzo sympatyczna i liczna ekipa organizacyjna, wolontariuszy i wolontariuszek
(może tylko zabrakło sanitariuszek, bo bym zaraz udał atak apopleksji). A więc
wygrałem jednak! Dwie dziewczyny trzymają taśmę z napisem META i mówią, żebym
przez nią przeszedł. Takie coś zdarzyło mi się pierwszy raz w życiu i naprawdę
fajne uczucie! Jest i nawet sam szef wszystkich szefów, czyli Karol Kalsztein,
który gratuluje mi wygranej i opowiada co tam się dzieje na trasie, gdzie jest
reszta i że miałem dużą przewagę, na co ja mówię, że trasa była świetna i jak
na te tereny, naprawdę wymagająca. Jest mi naprawdę miło, że zostałem tak
powitany na mecie, po tej całej gehennie na trasie, walce z kontuzjami,
zmęczeniem itd. Głównie chyba jednak z kontuzjami, ale zresztą sam nie wiem.
Teraz pić i jedzonko! Guzdram się w sali gimnastycznej jak diabli, rozciągam
się leniwie, donikąd się nie muszę już spieszyć. Biorę prysznic, przebieram się i teraz następuje jeden z
najbardziej upragnionych momentów zawodów – posiłek regeneracyjny!!!
Kto mnie zna, ten wie, zresztą pisałem też o tym w
zapowiedzi harpagana, że moje życie składa się głównie z biegania i jedzenia,
więc jeśli po tak dużej porcji biegania jest jeszcze fajne jedzonko, to po
prostu cud miód i orzeszki. Posiłek regeneracyjny smakuje wybornie, jedynie
żałuję, że nie mogę wziąć dokładki. No ale idę do centrum wsi i znajduję tam
fajną restaurację z bardzo sympatyczną obsługą i zamawiam wielką pizzę.
Ostrzegam panią z obsługi, że potem coś jeszcze zamówię, na co ona odpowiada,
że raczej taką pizzą to się najem, na co mówię, że przebiegłem 100 km, na co ta
bardzo sympatyczna pani odpowiada, że to co innego. Tak więc sobie powoli
wcinam tę pizzę czosnkową i rzeczywiście pani z obsługi miała rację, bo pizza
była olbrzymia, a mój żołądek skurczony po biegu po fakcie powiedział dość i
zrezygnowałem z potrójnej porcji frytek, jakie chciałem potem zamówić. Kupiłem
sobie za to jeszcze jakieś lody i wróciłem do bazy, gdzie... spotkałem Pawła.
A ty już w bazie? I które miejsce?! Aaaeee, pierwsze. No
tak, z Pawłem to tak zawsze, informuje o swoich zwycięstwach tak jakby mówił o
tym jaka pogoda ma być jutro. Gdyby bagatelizowanie i umniejszanie rangi swoich sukcesów było konkurencją olimpijską mielibyśmy w osobie Pawła pewniaka na złoty medal. Tak więc można powiedzieć, że rozbiliśmy z Pawłem
bank i zrobiliśmy jakby taki come back po wspólnym sukcesie na zeszłorocznym
Darżlubie i wiosennym Harpie. Miałem na mecie 1:35 przewagi nad Andrzejem,
Robertem i Witkiem Nogą. Paweł miał chyba jeszcze większą przewagę na trasie TM
nad drugim zawodnikiem, na której zaliczył debiut! To się nazywa wejście smoka!
A jeszcze dodam, że następnego dnia Paweł wygrał zawody TZ Cool-InO na mapie
kombinowanej w Pucharze Pomorza Gdańskiego i pokonał samego Kaczora (nie tego z PiSu)....
Zmęczenie i niewyspanie jest duże, powoli do bazy zaczynają
zjeżdżać, schodzić i przybiegać znajomi. Furorę robią Michał i Marcin, którzy
zajmują 5 i 6 miejsce na TP 100!! Bardzo dobry występ też notuje Mariusz
Łosiewicz, który jest 12. Potem w bazie zadziwia nas możliwościami swojego
żołądka i pleców – na I pętlę wziął 4 litry wody (wszystko wypił), a na II – 5
litrów – też wszystko wypił. Trzeba mieć końskie zdrowie, żeby z tym wszystkim
biegać. Nie tylko zdrowie Mariusza okazało się końskie, ale i żołądek, gdyż
kiedy zabrakło mu wody na II pętli, podebrał jej nieco napotkanym koniom z
poidła. Trochę liści w niej pływało, ale jak się okazuje – co konia nie zabije,
to i człowieka.
Około godz. 19 do bazy wróciła Ewelina, która zajęła drugie
miejsce w klasyfikacji kobiet na TP 100 i pobiła o ponad godzinę swój rekord
życiowy.
No i czas teraz na najmocniejszy akcent całej relacji, a
właściwie na najznaczniejszą osobistość tej relacji, na której zjawienie się
zapewne wszyscy czekają, a mianowicie na Zbigniewa Bońka, legendarnego
napastnika kadry narodowej i Juventusu Turyn. Jaką on w tym wszystkim rolę odegrał?
A więc odegrał taką mianowicie.
Już po Harpaganie przyśnił mi się sen, że siedzę sobie w
szkole na lekcjach, chyba było to liceum, gdzie specjalnie mi nie szło
(delikatnie powiedziane) i gdzie miałem duże problemy, żeby w jakikolwiek
sposób pozytywnie zaistnieć i zasłużyć sobie na podziw i pochwały. Aż tu nagle
do sali lekcyjnej wpada sekretarka biura (jakiego biura? Co za biuro w
szkole?), była to taka jedna dziewczyna, z którą pracowałem w jednym urzędzie,
i naprawdę była to bardzo ładna dziewczyna (zawsze chciałem, żeby za coś mnie
podziwiała) i otóż ona zapowiada pana Zbigniewa Bońka. Wtedy wchodzi do klasy
Zbigniew Boniek w eleganckim gajerze i patrząc na mnie mówi: „W obecności
całej klasy chciałem pogratulować panu Krzysztofowi Nowakowi drugiego z rzędu
zwycięstwa w Harpaganie. To naprawdę wielki wyczyn”, po czym pan Zbigniew
uścisnął mi po męsku moja prawicę. W sali był mój szef (przecież w szkole nie
ma żadnych szefów, są tylko nauczyciele, no ale w tym śnie w sali nie było
nauczyciela, tylko szef), który kompletnie nie umiał się zachować. Wobec tak
znacznych osobistości jak Zbigniew Boniek, obowiązuje jakiś protokół, jakieś
utarte formy grzecznościowe zachowania, a mój szef wlazł na krzesło i zaczął
wyciągać z szafy jakieś segregatory, robił to bardzo nerwowo i widać było, że
nie panuje nad sytuacją.
Pan Zbyszek chwilę cierpliwie czekał, ale nerwy mu puściły i
nie próbując tłumić złości ostentacyjnie wyszedł z sali rzucając coś w stylu:
„Mam mnóstwo innych spraw do załatwienia, nie mam czasu czekać”. Potem
rozmawiałem z tą moją koleżanką, która była sekretarką w tej szkole i
próbowałem usprawiedliwiać złość Zbigniewa Bońka. On zawsze był taki
zadziorny, z temperamentem i należy mu wybaczyć, bo gdyby taki nie był to nigdy
nie zostałby wielkim piłkarzem.
No i na koniec tego długiego wywodu, a może na początek
końca tego wywodu kilka słów o mojej inspiracji na trasie i przed startem.
Skoro Justyna Kowalczyk wygrała złoty medal olimpijski biegając ze złamaną
stopą, to tym bardziej możliwy jest start w Harpaganie ze skręconą kostką.
Justyna pokazała, że czasem niemożliwe staje się możliwe, więc i mi było
łatwiej, chociaż nikomu nie będę polecał startów na tak trudnych trasach świeżo
po kontuzji (trochę gadam jak palacz piętnujący palenie: „Chłopcze nie pal,
chcesz mieć taki kaszel jak ja?”).
I jeszcze na koniec zakończenia nawiązanie do zapowiedzi
Harpagana, którą zamieściłem w zeszłą środę bodajże – tam pisałem, że Harpagan
48, podobnie jak Kailber 44 to mocna rzecz. A skoro mowa o Kalibrze 44, to
zacytuję słowa legendarnego Piotra Łuszcza.
A zacytuję dlatego, że te wszystkie moje różne kłopoty
zdrowotne w lato i wszelkie inne, a także fanatyczne nastawienie do
organizowania InO Warownia, kiedy to doprowadzałem moją rodzinę do szału
przesiadując w lesie od świtu do nocy, sprawiły, że stałem się trochę
człowiekiem wyklętym, odsądzonym od czci i wiary i postawionym pod pręgierzem.
Z tym walczyć nie zamierzam, bo wolność myśli i słowa polega między innymi na
tym, że mamy prawo myśleć sobie o każdym człowieku i oceniać go jak tylko
żywnie nam się podoba.
Zwycięstwo w H miało więc też i nieco inny wymiar dla mnie i dlatego
oto teraz słowa EM-A-GIE-I-K-A kontra hipokryzji:
A na koniec końca końca - jeśli komuś spodobała się ta relacja, to zachęcam do zakupu moich książek, bo oprócz biegania, jedzenia i grania w Sensible Wolrd of Soccer, bawię się też w pisarstwo. Może jest ono nawet jednym z tych 3 brakujących "wiadomo-co" o którym wspominała Ewelina.
Krzysiek - tym pisarstwem zupełnie mnie rozłożyłeś na łopatki....
OdpowiedzUsuń